Zaczynając jako nieznany kaskader (nie wspominając jego pobocznej filmowej „przygody”) dorósł do miana jednego z najciekawszych aktorów – scenarzystów w historii kina. Laureat dwóch nagród Taurusa (przyznawane kaskaderom) za najciekawszą przemianę aktorską i całokształt twórczości, Sylvester Stallone jest bezprecedensowym ojcem typowego amerykańskiego kina akcji. Swoją nową produkcją nie tylko udowodnił, że ma dystans do własnej osoby i kariery, ale w doborowym towarzystwie pokazał, że kinem przede wszystkim trzeba się dobrze bawić.
Tylko „człowiek demolka” mógł zebrać taką grupę gwiazd produkcji sensacyjnych, aby wystąpiła obok siebie w tej samej opowieści. Wiadomo, że twórca miał niestety bardzo mały budżet i jak na wymagania aktorów, pracowali oni praktycznie za darmo. Co z tego, skoro wzięli udział w filmie, który na zawsze wbije się w pamięć widzów? Jest bowiem połączeniem wszystkiego tego, co znakomite w amerykańskiej sensacji. Dodatkowo, Stallone napisał scenariusz, który z przymrużeniem oka przeprowadza nas przez zabójczo wystrzałową historię. Na ekranie zobaczymy takie gwiazdy jak Jason Statham, Mickey Rourke, Arnold Schwarzenegger, Dolph Lundgren, Bruce Willis, Gary Daniels, Jet Li czy Eric Roberts. Wzmacniają ich: znany z „Gamer’a” Terry Crews, podwójny mistrz wagi ciężkiej UFC Randy „The Natural” Couture i gwiazda WWF Raw - Steve Austin. Jak można nie polubić takiej drużyny?
„The Expandables” to grupa niezwykle dobrych najemników. Przyjmują najcięższe zadania i raczej nie ma dla nich misji niemożliwej. Kiedy zespół zaczyna się sypać, dostają propozycję nie do odrzucenia. Niejaki Mr. Church chce wysłać grupę na kubańsko – podobną wyspę, gdzie będą mieli za zadanie zlikwidowanie pewnego dyktatora. Jak szybko się okazuje, misja ma podwójne dno, a przeciwko nim stanie armia uzbrojonych po zęby Latynosów i żołnierz, który był kiedyś… jednym z nich.
Nie brzmi to zbyt skomplikowanie, ale daje za to naprawdę dużo frajdy. Film jest niezwykle dynamiczny i posiada wszystkie zalety klasycznego, rewelacyjnego oraz zabawnego kina akcji. Dialogi może momentami bywają niedorzeczne, ale w większości przypadków są świetnym pastiszem zarówno postaci, jak i samych aktorów. Nawet dla samej rozmowy pomiędzy Sly’em a Arniem warto pójść na ten film. Oczywiście, najmocniejszą stroną obrazu są strzelaniny i pojedynki, w których nie brakuje broni białej, chwytów brazilian jiu jitsu, walki w stójce, a także kapitalnych ewolucji rodem z Word Wrestling Entertainment. Widać, że wszyscy bohaterowie musieli mieć niezwykle dużą przyjemność spotykając się ze sobą na planie i bawiąc się, tworzyć razem produkcję na miarę wszechczasów.
Totalna demolka, lekka nutka nostalgii, kapitalne teksty. Całą tę bombę okrywa mocna, chwilami motocyklowa muzyka, nadająca produkcji klimat starej legendy. Bajki o rycerzach z zasadami, działających ponad prawem, gdzie tylko tym, którym nie zależy - można zaufać.
To nie plastikowi chłopcy ze „Zmierzchu”, lecz banda starych, obrzydliwych, ociosanych z kamienia bydlaków, którzy zrobią wszystko, aby widz przez dwie godziny bawił się w kinie najlepiej w życiu. Szczerze przyznaję, że Stallone osiągnął właściwie wszystko, co zamierzał. Osobiści, kupiłem ich już po pierwszej scenie. Sly… podrzucisz nam kolejną część?








więcej »




























