„Solomon Kane” to bardzo ciekawa postać, która została stworzona przez znane już w literaturze nazwisko. Robert E. Howard to m.in. ojciec „Conana”. Poprzez wymyślenie Kane’a, dał życie przygodom Van Helsinga, który został oparty na kanwie historii z walecznym purytaninem. Jego perypetie przerysowano także w komiksie, który był wydawany zarówno przez Marvela, jak i Dark Horse Comics - a to zaś dzięki twórcom: Mario Guevara i Dave Stewart. Niestety, nie znalazły masowej rzeszy fanów.
Solomon jest bohaterem niezwykle ciekawym i zjawiskowym. Trochę w nim wspomnianego wcześniej Van Helsinga, z lekką domieszką Constantine’a. Ma niezwykłą wyobraźnię do zabijania przeciwników niczym Lobo, ale odwagą oraz bojowym szałem często przypomina Logana. Potępiony i zbawiony jednocześnie. Korsarz, klecha, podróżnik, a także wojownik. Według mnie, to jedna z najbardziej „magicznych” postaci ostatnich lat, która - sadząc po tej produkcji - doczeka się wielu kontynuacji.
Wspominany już w poprzednich akapitach bohater, to szlachetnie urodzony Anglik. Wyrzucony przez swojego ojca, stał się najemnikiem, piratem, krzyżowcem i łupieżcą jednocześnie. Niczym sam szatan, przemierzał świat paląc za sobą wszystko, co stanęło mu na drodze. Zaznajomiony z fechtunkiem, a także bronią palną, był demonem nie do zatrzymania. Nadszedł jednak czas, kiedy wielki Solomon Kane dowiedzał się o targu, którego dobito bez jego wiedzy. Władca piekieł chce jego duszy, albowiem jest przeklęta na wieki. Jednakże Kane nie ma zamiaru tak łatwo jej oddać i ukrywa się przed gniewem Lucyfera. Boleśnie oznacza swoje ciało i przysięga życie w pokoju, aby demony nie przypomniały sobie o jego istnieniu. Znajduje schronienie w klasztorze, który jednak po pewnym czasie postanawia go wydalić. Przeor widział bowiem w swoich snach, jak ex-pirat sprowadza na ich sanktuarium cierpienia oraz katastrofę. Solomon wyrusza więc w samotną podróż, aby znaleźć wreszcie swoje przeznaczenie. Bóg ma dla niego jednak inne plany. Chce, by jego czarna owca wróciła na drogę krwi i zemsty, albowiem: „nie tylko spokojne drogi prowadzą do zbawienia”.
Bardzo dobre kino akcji z gatunku fantastyki grozy. Klimat produkcji kapitalnie oscyluje pomiędzy akcją, legendą, okultyzmem i okresem tzw. młotu na czarownicę. Sama postać Kane’a, w wykonaniu Jamesa Purefoya (mogliśmy go zobaczyć m.in. w „Obłednym rycerzu”), to istny majstersztyk. Nadaje swojej postaci takiej wielobarwności emocjonalnej, że widz bardzo szybko zostaje przykuty do głównego bohatera - nie tylko wzrokowo, ale również uczuciowo. Oprócz demonów, wiedźm i różnego piekielnego plugastwa, Solomon pojedynkuje się także z ludźmi, dając popis niesamowitych scen walki. Wszystko podkręcane jest przez niezwykle klimatyczną muzykę oraz dynamiczne zdjęcia. Jedyne, co można mu zarzucić, to lekka schematycznośc i niedosyt. Aczkolwiek jest naprawdę dobrą produkcją - nie tylko dla fanów gatunku. Warto zauważyć, że większość nazwisk z ekipy filmowej zupełnie nic nam nie mówi, co w czasie seansu sprawia jeszcze większą przyjemność z oglądania.
Cieszy fakt, że filmowi twórcy coraz częściej sięgają po postaci, o których albo mało kto słyszał, albo zostały gdzieś w niszach popkultury po prostu zatarte. Na szczęście jest ich tam gdzieś jeszcze mnóstwo i na pewno ktoś jeszcze sięgnie chociażby po takich bohaterów, jak „Profesor Bell”. Mając już za sobą seans „Van Helsinga”, „Doriana Graya” czy „Ligi Niezwykłych Dżentelmenów”, nie można odpuścić „Solomona Kane’a”.









więcej »



























