Ridley Scott, podobnież jak Michael Bay czy Roland Emmerich, przyzwyczaił nas do pewnego szablonu swojego kina, które mimo specyficznej powtarzalności zazwyczaj się nam podoba. Niestety, wyjeżdżając na wysoki poziom nie tylko reżyserski, ale i emocjonalny „Gladiatora”, Scott obrał naprawdę ciężki cel. Oprócz Hansa Zimmera (Streitenfeld to też rewelacyjny twórca) zatrudnił większość uwielbianej przez siebie ekipy. Wymagania duże, finał troszkę słabszy, lecz całość mimo wszystko bardzo pozytywna.
Przygody angielskiego banity musiały czekać prawie 20 lat, aby znów ktoś postarał się o ich zekranizowanie. Od czasów czarującego Costnera, w rolę telewizyjnych Hoodów wcielił się m.in. syn Seana Connery. W wersji Ridleya Scotta Robin Longstride, zwany dopiero potem jako banita z Sherwood, jest legendarnym, znakomitym i niezwykle odważnym członkiem grupy łuczników. Żołnierze pod dowództwem Ryszarda Lwie Serce, przemierzali Anglię i Ziemię Świętą, by zdobyć niesamowite doświadczenie bojowe. Kiedy król wracał z ostatniej krucjaty, postanowił dowiedzieć się od swoich ludzi uczciwej opinii na temat swoich rządów. W czasie nocnej imprezy, przebiera się za „cywila” i rusza do wnętrza własnej armii. Tam styka się z bójką Małego Johna z Robinem, przypadkowo obrywając prosto w twarz. Zdemaskowany władca prosi naszego bohatera o komentarz na temat swojej osoby oraz władzy. Uczciwy łucznik wypowiada się niezbyt pochlebnie, co kończy się popołudniem w dybach dla niego i całej jego drużyny. Na ich szczęście, Ryszard ginie w czasie oblężenia ostatniej fortecy, co daje szansę na ucieczkę. Robin wraz z ekipą chcą się dostać do pewnego portu, skąd podobno będą mogli uciec do Londynu. Towarzyszące podróży wydarzenia doprowadzają do wielu nieprzyjemnych zdarzeń i bardzo ważnych momentów w życiu Robina. Wszystko nawiązywać będzie do wielkiego kryzysu angielskiego państwa, korzeni Robina Longstride, nawrócenia angielskiego władcy, a także narodzin wielkiej, niezapomnianej legendy.
Nowy Robin Hood jest surowy, odważny, twardy i… brudny - zupełne przeciwieństwo znanego nam do tej pory łucznika. Zamysłem reżysera było bardziej historyczne i realistyczne przedstawienie bohatera wielkiej „leśnej” opowieści. Trzeba przyznać, że to się udało, zaś sam film dzięki charyzmie odmienionego bohatera nabiera zupełnie innego wymiaru. Całość bardzo przypomina przygody starego, dobrego gladiatora Maximusa. Jednakże produkcja ta nie jest aż tak dobra. Może dlatego, że jej bohater ma troszkę inny wymiar. Fabuła jest ciekawa, ale nie dynamiczna. Momentami dosyć usypia widzów, aczkolwiek twórca nie mógł chyba zrezygnować ze „zwalniających” aspektów. Zarówno sceny batalistyczne, jak i pościgi - czy jakiekolwiek sceny walki - są oczywiście na bardzo wysokim poziomie. Wszystko dopieszcza piękna, epicka muzyka Streitenfelda (który pracował m.in. przy „Ostatnim Samuraju”). Aktorsko nie da się do niczego przyczepić. Stara, mocna ekipa to postaci wysokich lotów. I zarówno aktorzy grający oddział łuczników głównego bohatera, jak i Blanchett czy Von Sydow trzymają świetny poziom. Ridley zadbał również, aby zdjęcia w jego wersji przygód Robin Hooda fantastycznie ukazywały każdy moment przygody.
Inne oblicze bohatera, ukazane w „Robinie Hoodzie”, jest jak najbardziej innowacyjne. To kompletnie inne spojrzenie na znaną, starą legendę, która przecież dała życie wielu innym jemu podobnym postaciom. Ten film to świetna, długa przygoda dla fanów tego gatunku. Bardzo przyjemnie wypełnia nam ponad dwie godziny z życia.









więcej »
























