Małe wielkie kino recenzja książki

Pamiętacie te czasy,kiedy w piżamach pędziliśmy do telewizora w sobotnie i niedzielne poranki? Myszka Miki, Kaczor Donald, Królik Bugs czy Kaczor Duffy to herosi naszej młodości, na których patrzyliśmy niegdyś z wyrozumiałością, a każdy gag – choć dziś pewnie niezrozumiały, był świetnym dowcipem. Co z tego, że tradycja burleski zwykle jest dla nas tajemnicą, często do dziś. Każda bajka wydawała się ponadczasowa, a dziś z przyjemnością do nich wracam i z zaskoczeniem odkrywam, że kiedyś epizody aminków wydawały się dużo dłuższe, a data ich powstania dalece odleglejsza niż się wydawało.

Z tekstem Pawła Sitkiewicza spotkałem się pierwszy raz kilkanaście miesięcy temu w czasopiśmie „Panoptikum” nr 7/2008 („Wychowywać czy pouczać? Perswazja i propaganda w polskim filmie animowanym dla dzieci” – można przeczytać to na stronie www.katalog.czasopism.pl/).  Moją uwagę zwróciła wtedy pasja i wiedza młodego człowieka (rocznik ’80) na temat animacji. Kiedy więc dowiedziałem się o książce „Małe wielkie kino” z ciekawością czekałem na recenzencki egzemplarz. Sitkiewicz z wykształcenia jest historykiem animacji i filmu, na życie zarabia pracując na Uniwersytecie Gdańskim. Komputer do gier

 

W trakcie lektury wychwalałem YouTube′a , jako namacalnego źródła, w którym możemy poznać dobra naszej kultury. Większa część animacji omawianych w książce jest po prostu nieznana. Pewnie dużo z nas widziało Myszkę Miki na parowcu „Willie” (z roku 1928), ale kto z nas kojarzy jeden z pierwszych filmów animowanych kukiełkowych „Sen w Krainie Zabawek” Artura Melburne-Coopera z 1907 roku? Laptopy poleasingowe Kraków

 

Arthur Melbourne-Cooper, Dreams of Toyland, 1907 r.

 

Walt Disney, Steamboat Willie, 1928 r.

 

Pierwszą rzeczą w historii animacji, z którą Paweł Sitkiewicz próbuje się zmierzyć, to definicja „bajki”. Otóż, wiele istniejących wyjaśnień zdaje się być nie do końca precyzyjnych. Jaki koń jest, każdy widzi, ale wiele z animacji jest do siebie podobnych. Grające zapałki z filmu Melbourne-Coopera czy King Kong wspinający się na metalowy „dach świata”, a na nim walczący z pilotami w samolotach, biegnące na pomoc Śnieżce krasnoludy, ruchome potworki z filmów Burtona – wszystkie zgrabnie wpisują się w definicję, choć różnice między nimi widać na oko. W końcu cała „zabawa” animacji polega na ożywieniu postaci dwu- i trójwymiarowych. Sitkiewicz objaśnia istniejące definicje, a na koniec stawia swoją – trzeba przyznać, że całkiem zgrabną.

 

Książka nie jest jednak opisem technologii, tylko historią animacji i stylów w niej funkcjonujących z jednym wyraźnym – na animację rysunkową i lalkową. Niestety, ta historia sięga jedynie połowy XX wieku i przez to „Małe wielkie kino” wydaje się być niekompletne. Brakuje współczesnego elementu naturalnej ewolucji technologicznej i filmów Disneya (choć nie tylko) powstałym po części oraz tylko przy pomocy komputera. Pewnie jednak pójście w tym kierunku zmusiłoby historyka do podwojenia objętości pracy, bo  musiałyby się znaleźć informacje o dawnych i współczesnych efektach specjalnych typu walczące kościotrupy tworzone tradycyjną metodą z filmów lalkowych czy dinozaury z Parku Jurajskiego. Efekty specjalne (z komputera oczywiście) w „Królu Lwie” bądź wygenerowany komputerowo „Shrek”. Za to mamy opis tradycji plastycznych i teorii sztuki wykorzystywanych w filmach animowanych, jak komiksowe dialogi w Feliksie czy niemiecki ekspresjonizm w „Królewnie Śnieżce i Siedmiu Krasnoludkach”. Czy wiecie jak „narodziła się” Myszka Miki? Widzicie pewne podobieństwo do królika Oswalda?

 

 

Filmy animowane były narzędziem walki (i wojny) politycznej, gdyż może wydać nam się to zaskakujące – najczęściej była przeznaczona dla widzów bardziej dojrzałych i świadomych podtekstów. Dumbo widzący różowe słonie. Kaczor Donald pragnący wstąpić do lotnictwa. Hitler podrywający walkirię. Betty Boop z prowokacyjnie nagimi nogami śpiewająca o tym, jak to pewien zły właściciel cyrku chciał odebrać jej dziewi… Boop-Oop-A-Doop – wiadomo. To nie koniec. W końcu film animowany posługuje się często okrucieństwem, którego nie powstydziłby się Jigsaw.

Dumbo, Pink Elephants on Parade, 1941

 

Książka jest bogato i ciekawie ilustrowana, oraz przystępnie napisana.  Jej tamtyka może stać się bliższa nie tylko ludziom posługującym się językiem akademickim, ale i  ambitnym czytelnikom. Warto zwrócić uwagę na obszerną bibliografię i sporą ilość przypisów… Niestety, jest to minus – nie znoszę przypisów na końcu książki. Czytając lubię mieć przypis na stronie- oczami lecę na dół i już wszystko wiem. Zwłaszcza w sytuacjach kiedy przypisy mają objętość jednego – dwóch zdań. To nie wolterowski traktat o tolerancji, gdzie przypisy zajmują na stronie więcej miejsca niż tekst naukowy, ale lekka i szybko czytająca się praca naukowa, w której takie zbędne kartkowanie jedynie niepotrzebnie zakłóca rytm. Może należę do mniejszości, ale ja zapoznaję się z przypisami.

Pulbikację poleciłbym osobom zainteresowanym zachodnią animacją. Książkę czyta się lekko, przez co temat szybko staje nam się bliski, a korzystając z usług różnych stron w Internecie, można zapoznać się z większością opisanych animowanych dzieł.

 

Na koniec moja propozycja krótkich trzech filmów animowanych. Tak, by poczuć się na chwilę jak dziecko…

[strona_podzial]

 

Lonesome Ghosts, 1937

 

The Little House, 1952

Porwanie Baltazara Gąbki, „Spotkanie ze Smokiem Mlekopijem”, 1965

 

 

Autor: Paweł Sitkiewicz
Tytuł: Małe wielkie kino. Film animowany od narodzin do końca okresu klasycznego
Wydawca: Słowo/obraz terytoria
Ilość stron: 296
Kategoria: film, rozrywka
Oprawa: miękka

Kamil Mirkowicz

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*