Utracona cześć Katarzyny Blum recenzja książki

Czy można pisać lekko i łatwo bez naciągania faktów? W książce Bolla wizja ta jest tylko utopią.

Historia Katarzyny Blum pokazuje, jak można zrobić z niewinnego człowieka „bezdusznego potwora”. Praktyki dziennikarzy brukowców często ocierają się o granice zgodności z prawem, burzą natomiast całkowicie mury zasad wyznaczonych przez etykę i Deklarację Zasad Międzynarodowej Federacji Dziennikarzy, obowiązującej od 1954 roku. Etyczne zasady to jedno, prawne sankcje to drugie. Nie istnieje żadna możliwość ukarania dziennikarza łamiącego moralne zasady, jeśli nie popełnił on przestępstwa w świetle prawa. Może on liczyć się tylko z sankcjami środowiskowymi i krytyką czytelników, co jest niewystarczającą rękojmią. Czasem po prostu opłaca się bardziej wypuścić chwytliwy materiał, niż martwić się o konsekwencje. Niektóre redakcje na zachodzie Europy i w USA zatrudniają specjalistów mających obliczać, czy bardziej opłaca się wydać artykuł, czy procesować się w sądzie. Często zysk kilkakrotnie lub nawet więcej razy przekracza teoretyczne koszty procesowe.  ( Wynajem laptopów )

Dziennikarza łamiącego zasady i niszczącego życie innym może spotkać jednak coś znacznie gorszego, a mianowicie śmierć z ręki swojej ofiary. Paradoks, w którym to zwierzyna staje się myśliwym jest w książce Bolla uwidoczniony dość wyraźnie. Nie popsuję wam przyjemności z czytania, zdradzając, że Katarzyna zabija swego prześladowcę, gdyż dowiadujemy się tego z pierwszej strony opowiadania. Od tego wszystko się zaczyna. Potem dowiadujemy się szczegółów, jak do tego czynu doszło. Mimo że w Niemczech lat 70. XX wieku, kiedy to dzieje się akcja, obowiązywały kodeksy etyczne, łowcy głów z gazet pokroju „Bilda” mieli je za nic. Autor umieszcza na początku notę, której nie trzeba komentować. Nie nazywa tytułu po imieniu, jednak wiemy, że chodzi o „Bild”, największy niemiecki dziennik sensacyjny wydawany przez Axela Springera. Zanim zaczniemy przybliżać strukturę książki, pozostaje nam zastanowić się nad jeszcze jednym paradoksem, który ujawnia.

„Bild” czy jego odpowiedniki w innych krajach („The Sun”, „Fakt”) adresowane są do niższych klas społecznych i ludzi niewykształconych. W łatwy i przyjemny sposób, prostą uliczną retoryką zrozumiałą dla każdego robotnika, często umieszczając krwawe zdjęcia zajmujące większą powierzchnię niż tekst, wyciągają brudy prosto z ulicy, chociaż niekiedy zdradzają sekrety klas wyższych, wyzyskiwaczy. Język określający bogaczy jest nacechowany pejoratywnie, epitety w stylu „upasiony na biedzie innych krętacz” czy „debil na wysokim stołku” są na porządku dziennym. Trafia to do adresatów powodując zacietrzewienie i wściekłość na rządzących. Ludzie pokroju cztelników „Bilda” interesują się brudami i aferami, o których ludzie wykształceni powiedzieliby, że nie warto nawet na nie spojrzeć. Mamy więc morderstwa dziwek, alkoholowe libacje zakończone bijatykami i oczywiście kryminalne historie, szukające winnych wszędzie, tylko nie w systemie. Taką to właśnie historię zrobiono z poczynań Katarzyny Blum. Ale do rzeczy: teoretycznie klasy bardziej wykształcone nie powinny po taką prasę sięgać. Boll twierdzi, że to mit i ukazuje to dogłębnie. Adwokaci, radcy prawni, wysocy urzędnicy policji, biznesmani, oni wszyscy ulegają tej pasji i nagonce! Goebbels powiedział kiedyś, że „tysiąc razy powtarzane kłamstwo staje się prawdą” i to sprawdza się tutaj w stu procentach. Fala zabiera ze sobą wszystkich, co na zdrowy rozum nie byłoby dopuszczalne.

Okazuje się, że 4,5 miliona nakładu w 80-milionowym państwie wystarczy, aby zniszczyć człowieka i zmieszać go z błotem. Wystarczy, by z pokojówki zrobić prostytutkę, zakonspirowanego komunistycznego agenta czy złodziejkę. Policja w Niemczech lat 70. nie ma nic lepszego do roboty niż sprawdzać ile kilometrów na liczniku ma samochód Katarzyny i obliczać, dokąd i gdzie jeździła. W czasach gdy nie jest się pewnym, czy następnego dnia nie zobaczymy w telewizji kolejnego płonącego budynku wysadzonego przez Baader-Meinhof, funkcjonariusze szwędają się w kilkunastu za dezerterem oskarżonym o kradzież pieniędzy z kasy pułku! Oto właśnie zbrodniarz, potwór, bandyta i nieludzka bestia, jak opisuje go niemiecki „Fakt”. Zwykły żołnierz, który w dobie kryzysu w armii ucieka z niej, kradnąc przy okazji pieniądze. Nagle ktoś dopisuje mu kradzież samochodu, napad z bronią w ręku i morderstwo, bazując na przekręcanych celowo wywiadach z przełożonymi i księżmi z malutkich parafii, którzy wszystkiego dowiadują się od miejscowych bab. Wiadomo, i to już kolejna rzecz, nad którą warto się zastanowić: w naturze człowieka mamy skłonność do wyolbrzymiania. Mały pożar jest piekielnym inferno, a stłuczka staje się karambolem. Przeciętny złodziej nagle ma dwa metry wzrostu i zawsze nosi broń. To wszystko pomaga jeszcze prasie brukowej rzeźbić swoją koślawą, surrealistyczną rzeźbę, zupełnie nie wyglądającą, jak prawdziwy człowiek.

Książka opisuje historię pewnej niemieckiej pomocy domowej, która pracuje dla adwokata Blorny i jego żony. Pewnego wieczoru kobieta poznaje, na imprezie urządzonej przez ciotkę, mężczyznę i pierwszy raz w życiu, po nieudanym małżeństwie, zakochuje się. Po prostu, od pierwszego wejrzenia, co budzi wielkie zdziwienie bezdusznych śledczych. Nocują razem w jej mieszkaniu, po czym Katarzyna pomaga Ludwikowi, bo tak ma na imię jej wybranek, po cichu wymknąć się z mieszkania, organizując mu schronienie w domku swego byłego adoratora, do którego dał jej klucze. Katarzyna wie, że Ludwik uciekł z wojska, chce mu więc pomóc. Wierzy, że uda im się zbudować szczęśliwy związek. Następnego dnia siedzi już na komendzie i zeznaje, szpiedzy policji nie mogli uwierzyć, że nie znaleźli Ludwika Gottena w jej domu. Policja sama pomaga prasie wydając oświadczenie w sprawie. Zaczyna się piekło. Jak opisałem wyżej, Blum zostaje zaszczuta. Piszą o niej straszne rzeczy, nie dają żyć, dzwonią i wysyłają lubieżnej treści listy. Mieszają z błotem także jej rodzinę, robiąc z matki prostytutkę, a z ojca komunistę na podstawie tego, że powiedział raz w knajpie po pijaku „Socjalizm wcale nie jest taki zły”. Dostaje się także Blornom i innym znajomym Katarzyny. Wszyscy zostają naznaczeni piętnem komunistów, agentów i kombinatorów. Wywiady, jakich w obronie udzielają znajomi Blum są preparowane w obrzydliwy sposób.

W tym momencie warto się zastanowić nad palącym problemem autoryzacji. Wielu uważa to za socjalistyczny wymysł, ale będę jego bronił do ostatniej krwi. Zasada polega na tym, że po udzieleniu wywiadu dziennikarz podaje treść rozmówcy, aby ten ją zaakceptował. Zawsze może nie udzielić na to zgody i dziennikarz NIE MA PRAWA publikować tego, o czym się dowiedział. Naruszenie tej zasady jest sankcjonowane w prawie autorskim nie tylko Polski, ale też innych krajów. Przypomnijmy do czego może doprowadzić złamanie tego prawa. Reporterzy „Super Expressu”, kolejnego polskiego tabloidu, opublikowali bez zgody autorki wypowiedzi tekst pod tytułem „Spowiedź Kurtyzany”, w którym to prostytutka zdradza wszystkie tajemnice zawodu i warunki, jakie panują w domach publicznych, przemoc sutenerów i ciągły strach. Nie zgadza się ona na autoryzację. Wywiad jednak ukazuje się. Następnego dnia zostaje znaleziona w lesie pod swoim domem zmasakrowana tak, że cudem udaje się jej przeżyć. Dziennikarz nie otrzymuje nawet pozwu. W książce o Katarzynie Blum mamy do czynienia z całkowitym lekceważeniem tej zasady. Świadczy to źle nie tylko o dziennikarzach, ale i o rozmówcach, którzy mimo wysokich stanowisk nie są świadomi praw, jakie im przysługują. Innocenta Iuris nocet – nieznajomość prawa szkodzi… Nie tylko im, ale i Katarzynie. Ich wypowiedzi są modyfikowane w okrutny sposób. Adwokat mówi, że „Katarzyna jest spokojna i rozważna”, na łamach prasy czytamy, że „to zimna i wyrachowana osoba”. Przykłady można mnożyć. Nawet wypowiedź matki, zdobyta nielegalnie poprzez włamanie się do szpitala, zostaje przekręcona. I gdzie jest tutaj dziennikarski etos?

Książka składa się z bardzo krótkich rozdziałów, jest ich kilkadziesiąt. Język jest prosty i niezbyt górnolotny, ale autor ukazuje wszystko profesjonalnym, reporterskim okiem. Sama struktura  publikacji nie za bardzo mi się podoba, bo to tak naprawdę kryminał, w którym od początku znamy mordercę. Bardziej jest to psychologiczno-społeczne spojrzenie na rozwój kryminalnej sprawy, z opisem postaci i ich przeżyć, wewnętrznych bojów i zmagań z sumieniem. Szkoda tylko, że sumienia nie mają dziennikarze.

Etyka i tabloidyzacja to dwa antonimy. Dopóki nie wprowadzi się odpowiednich usankcjonowań, nadal będą popełniane przestępstwa. Bo czy nawet pisanie o przestępstwie w taki sposób samo w sobie nie jest przestępstwem? Boll zwraca nam uwagę na rzeczy, których na codzień możemy niezauważać. Faktem jest, że najczęściej nie czytamy takiej prasy. Dobrze, że obecnie mniej jest przykładów tak skandalicznego zachowania. Na koniec warto powiedziec, że historia ta jest tylko fikcyjnym przykładem, opartym jednak na prawdziwych faktach i osobistych utarczkach autora z redakcjami tabloidów, u których nie miał życia, wyzywany od gejów i komunistów. Polecam każdemu kto chce zobaczyć, że zabijać można także słowem, które ostrzejsze jest niźli miecz.

autor recenzji: Jacek Dąbrowski
Witrynę sponsoruje, wspiera i kocha AMSO Rent Wynajem komputerów

Autor: Heinrich Boll
Tytuł: Utracona cześć Katarzyny Blum
Wydawnictwo: Czytelnik
Data wydania: 1976, reedycja w kolekcji „Gazety Wyborczej”, 2008
Kategoria: opowiadanie/reportaż
Ilość stron: 160
Okładka: twarda w obwolucie

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*