Szkieletowa Załoga / Mgła recenzja książki

Nie ma co ukrywać: kupiłem „Szkieletową Załogę” dla opowiadania „Mgła”. Po jego lekturze i na jego bazie, Frank Darabont nakręcił jeden z najbardziej kontrowersyjnych horrorów ostatnich lat (a dobry to reżyser, który odpowiedzialny był za takie filmy jak  „Skazani na Shawshank” i „Zieloną Milę” pewnego znanego pisarza…).

 

Stephen King to najbardziej utalentowany i pracowity pisarz powieści grozy XX wieku (z całym szacunkiem dla szanownej konkurencji). Przebierając w jego bibliografii i wybierając z niej „na ślepo” kolejne lektury, ciężko się zawieść. Właściwie jedynym powodem wybrania tej, a nie innej książki może być jej objętość (tutaj od „gubych”, po chude – wybór jest szeroki), oraz cena (choć różnice cenowe nie są takie duże, a i w Internecie można tanio je znaleźć). Oczywiście, poza długimi opowieściami można natknąć się na któryś z tomów opowiadań. Tu z poziomem bywa różnie. Pomieszanie różnych stylów i historii często działa na niekorzyść. Na przeczytanie całego tomu poświęcić trzeba więcej czasu, niż na powieść.

 

Kupując „Szkieletową Załogę”  dostajecie książkę „Mgła”, oraz kilkanaście opowiadań. Objętościowo opowiadanie jest zbliżone od kilku książek Kinga.

Jest to historia o ojcu. Ojcu, który razem ze swoim synkiem, po strasznej burzy, zostali odcięci od świata w sklepie. Nie są sami, wraz z nimi skrywają się w… bezpiecznych… murach inni ludzie. Na zewnątrz unoszą się białe kłęby mgły, a w niej czają się „lovecraftowskie” potwory. Film wiernie oddał fabułę książki i może to nieco popsuć zabawę, gdyż nie będzie niespodzianek. Różni się jedynie zakończeniem (dla wielu, filmowe zakończenie było przegięciem, dla mnie mistrzostwem doprowadzeniu tej historii do jakiegoś końca).

 

„Zjawi się tygrys” już jest przykładem nudnego, surrealistycznego opowiadania o dziecku, które spotkało w szkolnej toalecie tygrysa. Nudne to strasznie.  No, ale po chwilce męczarni mamy opowiadanie „Małpa”. Małpa, zabawka z talerzami, zwiastun śmierci, nieruchomo patrzy i uśmiecha się w twoim kierunku, wyszczerzając ostre zęby, wyczekując… Odlicza czas, który ci pozostał. Jeśli byliście pod wrażeniem scenki ucieczki przed żywopłotem w „Lśnieniu”, to opowiadanie o małpie może wam przypaść do gustu.

 

Po „Jaunting” niewiele sobie obiecywałem, a tu takie super zaskoczenie! To co najbardziej lubię w horrorze science-fiction !  Tajemnica i nauka. Ojciec i głowa rodziny, gdzieś w przyszłości, na chwilę przed teleportacją na Marsa, opowiada swoim dzieciom o tym, jak w XX wieku, pewien rąbnięty naukowiec wynalazł urządzenie i jak ono wpłynęło na całą ludzkość. Oczywiście, jest pewien wątek, o którym nie wspomniałem, by nie psuć wam zabawy… W klimacie horror s-f jest jeszcze „Świat Plaży”, ale tego już nie polecam.

 

„Weselna chałtura” czy „Lament paranoika” to nieładne zapchajdziury, nudne historyjki, które nie wnoszą nic do życia (a wypadałoby choćby rozrywkę, nie?)! Podobnie jak „Człowiek, który nie podawał ręki” i kilka innych opowiadań.

 

W 1987 roku wyszedł film „Creepshow 2”. Trzy filmowe nowelki na różne straszne tematy. Historyjka nr 2, „Tratwa” wbiła mnie w fotel (a właściwie niewygodne krzesło)… Jakie było moje zdziwienie, kiedy zniesmaczony ostatnimi dwoma opowiadaniami, przeczytałem tytuł kolejnego! Czy to ta sama „Tratwa”? Tak! Ta sama! Historyjkę czyta się szybko i miło. Nie ma zbędnych przestojów, głupich zwolnień, za to mamy grozę w typowym dla pisarza stylu. Jeśli szukacie odpowiedzi, co to jest za istota w wodzie, oraz skąd się wzięła, i jeśli nie lubicie, kiedy nikt wam nic nie wyjaśnia, to… trudno.

 

Kolejna perła; „Edytor tekstu” to opowiadanie z klimatu… „Eerie, Indiana”. Mało grozy, sporo klimatu. Nieszczęśliwy pisarz dostaje od swojego bratanka elektroniczną maszynę do pisania… Przez przypadek odkrywa, że komputer ma pewną magiczną właściwość; może kasować i edytować rzeczywistość! Lubię takie niezobowiązujące, ale wciągające historie. Niestety, czuję pewien niedosyt. Szkoda, że „Edytor…” nie jest dłuższą historią! Może niewielkim pocieszeniem być, że na podstawie tego tekstu, powstał jeden z odcinków serialu „Tales From The Darkside”.

 

„Szkoła przetrwania”. Zapiski w zeszycie uchylające nam rąbka tajemnicy, co się stało z pewnym rozbitkiem na skałach, gdzieś na pełnym morzu. Nic więcej nie powiem – przeczytajcie. Zakończenie nieco przewidywalne, ale facet nie miał tyle szczęścia co Robinson Cruzoe.

 

Stephen King lubi straszyć zwykle normalnymi obrazkami. Hydrantem, zabawką, lustrem, a nawet stojącym w polu porzuconym wozem. „Ciężarówka wuja Ottona”, to kolejny samochód po Christine, który upatrzył sobie za cel „naoliwienie” kilku idiotów. A może się to wszystko wujowi wydawało?

 

„Babcia” i „Wizerunek Kosiarza” mogą zainteresować fanów H.P. Lovecrafta. Pierwsze nawiązuje bezpośrednio do Mitologii Cthulhu, a drugie klimatem do stylu strasznia pisarza z Providence. Pierwsze niestety ma słaby początek i dopiero od połowy staje się fajną historyjką, z dość banalnym zakończeniem (szkoda), ale na tyle dobrym, by zrobić z tego jeden z odcinków wspomnianego już serialu „Tales From The Darkside”.

Jako ciekawostkę można potraktować dwa opowiadania; „Poranne dostawy (Mleczarz 1)” i „Wielkie bębny: Opowieść pralnicza (Mleczarz 2)”, które są fragmentami niedokończonej opowieści „Milkman”.

 

Moim ulubionym elementem opowiadań Kinga jest nota od autora. Mamy jakiś wstęp, w którym opisuje on  jakąś swoją historyjkę. Najczęściej dowcipnie. Widać, że pisarstwo to dla niego zabawa. Zabawa słowem i klimatem. W „Szkieletowej załodze” mamy jeszcze jeden od autorski dodatek, „Uwagi”. Pisarz opisuje w niej anegdotki lub okoliczności związane z powstawaniem opowiadania. Takie zajrzenie do „kuchni” mistrza i przekonanie się, że to normalny człowiek wpadający na pomysły, kupując bułki do hot-dogów w supermarkecie. Dla mnie to dużo ciekawsze, od „normalnych” wstępów.

 

Stephen King jest mistrzem długich i wielowątkowych historii na setki stron, ale i zupełnie nieźle radzi sobie jako pisarz dużo krótszych form. Niestety, poskładanie wszystkich opowiadań do kupy powoduje, że poziom ich jest różny, a płynność czytania zachwiana. Z czasem może i inne opowiadania leżakując  na półce dojrzeją do ponownego ich przeczytania i uszanowania? Może. Warto jednak mieć tę książkę na półce będąc fanem Kinga, ponieważ wśród dużej ilości nieudanych opowiadań, są prawdziwe dziełka sztuki, takie jak „Mgła”, „Jaunting” czy „Tratwa”, oraz te naprawdę dobre („Małpa”, „Edytor tekstu”), dla mniej zainteresowanych jego twórczością lepiej polecić krótsze książki ,jak „Misery” bądź „Carrie”.

Auto tekstu Kamil Mirkowicz

Witryna jest utrzymana dzięki AMSO Rent Wynajem komputerów.

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*