Avatar recenzja filmu

„Avatar” miał stać się nowym „Obywatelem Kanem”. Cameron zainwestował w produkcję  w konwencji 3D. Był przekonany, że trójwymiarowe kino to przyszłość i obiecywał, że już nigdy nie nakręci niczego zwykłego.

Nie muszę więc ukrywać, że przed pójściem do kina moje oczekiwania były wielkie. Z jednej strony dostałem to, czego oczekiwałem, ale nie uważam, że jest to film fenomenalny. Obraz naprawdę mnie zauroczył, świat Na’vi został pokazany w piękny sposób. Mistrzowska scenografia, nie mówiąc już o efektach specjalnych, które z pewnością zostaną nagrodzone Oscarem. Jednak główną wadą jest fabuła, która razi od początku do końca. Niektórzy mogliby się ze mną nie zgodzić, ale gdyby nie efekty specjalnie i magia Na’vi, produkcja ta zginąłby bezwzględnie i całkowicie zostałby skrytykowana.

To historia byłego komandosa Jake’a Sully’ego – człowieka sparaliżowanego od pasa w dół. Po śmierci swego brata bliźniaka dostaje szansę wzięcia udziału w operacji militarnej o nazwie Avatar. Akcja ta ma na celu opanowanie planety Pandora, którą zamieszkuje obca rasa – Na’vi. Amerykanie chcą ją zdobyć, aby móc legalnie i bez konfliktów pobierać stamtąd kruszec warty w USA 20 mln dolarów za kilogram. Jake zostaje wysłany na Pandorę w celu obycia się z tubylcami, poznania ich zwyczajów, metod walki. Przydzielono mu jego własnego Avatara, czyli stworzenie zamieszkujące planetę. Avatary są większe od ludzi, mają długie włosy i ogony, przypominają Indian, są niebiescy i mówią rodowitym językiem.

Nietrudno domyślić się, że nasz bohater zaprzyjaźni się z Avatarami, przy okazji  zakocha się i nie będzie chciał opuścić Pandory. Film nie ma żadnego momentu zaskoczenia. Od początku praktycznie wiadomo jak to się opowieść zakończy. Jednak dzięki magii efektów nie myślimy aż tak bardzo o fabule, tylko skupiamy się na pięknie Pandory i rasy Na’vi. Cameron zadbał o najmniejsze szczegóły. Wymyślił nawet język, jakim posługują się mieszkańcy planety. Stworzył inną, zupełnie nową przestrzeń, taką utopię, którą każdy z nas mógłby zachwycać się dniami i nocami. Warto obejrzeć „Avatara” głównie ze względu na tą trójwymiarową przestrzeń, w której wszystko jest piękne, nowe i przyciąga uwagę.

Film powiela jednak spotykane dotychczas scenariuszowe schematy. Nie pokazuje w tej kwestii niczego nowego. Tak, więc możemy zobaczyć zarówno złych dowódców, obrońców prawdy, przyjaźń, miłość, chęć zemsty oraz wszystko to, co nasycone patosem. Poza tym bohaterowie Na’vi, czyli ci stworzeni przez komputery, wydają się być bardziej wiarygodni od aktorów z krwi i kości. Muzyka Jamesa Hornera również nie porywa w daleką podróż.

Przyznam szczerze, nigdy nie widziałem obrazu tak przesyconego pięknymi efektami. Warto również napomnieć o przepięknej i mocnej scenie bitwy zapowiadającej koniec. Pieniądze wydane na produkcję, czyli podobno 500 milionów dolarów, zapewne zwrócą się w krótkim czasie. Kino trójwymiarowe pójdzie teraz w drugą stronę. Być może nie będziemy oglądać tylko filmów animowanych w wersjach 3D. Jedno jest pewne – „Avatar” to wielkie wydarzenie.
Najnowsze dzieło Camerona nie jest bez wad, nie jest najlepsze w historii, nawet nie jest najlepszym filmem roku. Jego fabuła nie grzeszy banalnością. Gra aktorska pozostawia niekiedy wiele do życzenia. „Avatar” jest czasami schematyczny. Niemniej warto go obejrzeć chociażby ze względu na piękną Pandorę.[strona_podzial]


Tytuł oryginalny:
Avatar
Produkcja: USA
Rok wydania: 2009
Dystrybutor: Imperial- Cinepix
Reżyseria: James Cameron
Scenariusz: James Cameron
Zdjęcia: Mauro Fiore
Muzyka: James Horner
Obsada: Sam Worthington, Sigourney Weaver, Laz Alonso, Joel Moore
Gatunek: Sci-fi, animacja, fantasy
Czas trwania: 163min.

autor tekstu Jakub Lipczik

Witryna utrzymana dzięki amso.pl Komputery poleasingowe.

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*