Metro 2034 recenzja książki

Niesmaczne, niestrawne i tworzone po to, by wyciągnąć od odbiorców kolejne ciężko zarobione pieniądze. Kilka miesięcy temu pojawiła się na polskich półkach książka, która mimo że nie zrewolucjonizowała fantastyki, to odbiła się echem w mocno zjedzonej przez czas i spalone nadzieje postapokaliptycznej katedrze. Oczywiście chodzi o „Metro 2033”, powieść opowiadającą historię chłopaka i jego wielkiej misji. Historię podróży po świecie będącym fascynującym zwierciadłem naszej polityki i kultury. Mówili, że przegadana z dłużyznami. Jednak głosy krytyki nie przebijały za bardzo przez chór pochwał.

„W pierwszych kilku latach po katastrofie […] włóczył się po przepełnionych stacjach w rozpaczliwej nadziei odnalezienia na jednej z nich swojej rodziny. Nadzieja zniknęła, lecz on, osierocony i przygnębiony, wciąż błądził w mrokach metra, nie wiedząc czym ma się zająć w życiu pozagrobowym. Spleciona przez Ariadnę nić sensu istnienia, która mogłaby wskazać mu właściwą drogę w niekończącym się labiryncie tuneli, wypadła mu z rąk.”

Jednym z bohaterów, którego oczami obserwujemy wydarzenia jest Homer. Facet, którego ksywka świadczy o skłonności do bajdurzenia dzieciarni oraz umilania towarzyszom czasu przy ognisku na rubieżach metra. Ktoś by pomyślał, że życie na Sewastopolskiej jest w miarę (jak na standardy roku 2034) dostatnie. Pomijając oczywiście ciągłe napady mutantów z czeluści korytarzy… Cóż, życie tutaj to ciągła udręka. W dodatku stacja uzależniona jest od karawan z Hanzy. Ostatnia jednak nie pojawiła się już od kilku dni. Ludzie są coraz bardziej zestresowani.  Reagują na wszystko złością i zniecierpliwieniem. Osoby wysłane na poszukiwania  karawany nie wrócili. Na Tulskiej z radia słychać chaotyczne nawoływania i meldunki. Dzieje się coś złego. Do kolejnej wyprawy zgłasza się Hunter – znany z poprzedniej części przyjemniaczek z parszywą mordą. Zabiera z sobą naszego dobrego druha, Homera. W grupie mamy jeszcze młodziaka Ahmeda, a i przyłącza się jeszcze dziewuszka Sasza. Tak mniej więcej wygląda zawiązanie akcji…

 

W drugiej części  powieści Glukhovsky’ego, tak jak w drugich częściach – mamy wszystkiego więcej… No dobra, w podziemnym świecie o „więcej” zawsze jest trudno, ale śmiało mogę powiedzieć, że jest szybciej. Nie musicie długo czekać na akcję. Ciężkawy wstęp jedynie przypomina nam, że mamy do czynienia z nieprzyjaznym światem po atomowej apokalipsie. I tak przez  kolejnych 500 stron. Nie zostaniecie zaskoczeni w „Metrze 2034” scenografią.  Świat stworzony przez umysł pisarza jest znowu pięknie i dokładnie ukazany. W „ Metrze 2033” poruszała mnie szczegółowość opisów i ich przegadanie. W kontynuacji mamy podobnie. Te smaczki jak mapa z zarysowanym obecnym stanem stacji, poobijany kubek na herbatę z grzybków, znoszone płaszczyki, ziemniaki jako rarytas i inne podobne historie.

 

Oczywiście życie podziemne to nie tylko ciągła walka, znajdzie się jeszcze troszkę czasu na miłość i płodzenie dziatek. Gwarantem tego jest Sasza i jej wątek miłosny. W tej kwestii, o dziwo nie jest źle, nie kroi się romans w stylu Dynastii, więc można odetchnąć z ulgą. Bohaterowie nie zostali przedstawieni tylko w trzech zdaniach – jak wyglądają i co niechcący myślą, ale ich kreacja stoi na wysokim poziomie skomplikowania, także interakcje między nimi. Myślę, że zainteresuje Was zwłaszcza nasz stary kolega Hunter…

 

„Metro 2033” było dla mnie przewodnikiem po zniszczonej cywilizacji, próbującej zorganizować się na starą modłę zniszczonego świata. Ludzie pamiętający polityczne i ideologiczne ideały postanowili zaszczepić je na nowym gruncie – z lepszym czy gorszym rezultatem. „Metro 2034” jest bardziej intymne niż swój literacki poprzednik. Pojawia się większe skupienie na jednostce.

 

Nie chcę Wam zdradzać, opisując co w książce było najlepsze, bo ta recenzja byłaby jednym, wielkim spoilerem. Dmitry Glukhovsky nie wyczerpał jeszcze pomysłów (które może mu fani podsunęli, jak było przy części pierwszej?) i nie raz otworzycie zaskoczone oczy (w tym przy zakończeniu)! To, co przeczytaliśmy w „Metrze 2033” było stojącym na bardzo wysokim poziomie science fiction, a kontynuacja tego poziomu nie obniżyła. Co najważniejsze, nie była wymówką do wyciągnięcia od nas kasy. Książka napisana została świetnym, prostym stylem, i mimo że czytałem wersję recenzencką (format A4, dwie strony na jednej, przed ostateczną korektą i innymi zabiegami), to nim się obejrzałem, byłem w połowie.  Niestety nie wiem jeszcze, czy poprawiła się okładka nowego wydania . Poza klimatycznym obrazkiem, nie było mi dane doświadczyć  jak w przypadku „jedynki” ślicznie ścierającego się tytułu, który dla mnie był klimatycznym atutem, a dla niektórych jedynie psujką. Nie dość, że tak dużo oczekiwałem po  „Metrze 2034” to jeszcze to dostałem! Jak tak dalej pójdzie, to Dmitry będzie pisał książki tylko dla mnie.

 

Czy czytelnicy komentujący na naszym portalu zapowiedź „ Metra 2034” mieli rację? Czy pojawi się znowu Artem? Cóż, przeczytajcie, to się dowiecie.

 

„I zdarzyło się tak, że zamiast swojej utraconej przewodniej nici […] chwycił się innej, tej właśnie: postanowił zostać kronikarzem. Autorem historii najnowszej – od końca świata do końca własnego życia.”

Autor tekstu: Kamil Mirkowicz

 

Witryna utrzymana dzięki AMSO Rent Wynajem komputerów.

 

Autor: Dmitry Glukvovsky

Tytuł: Metro 2034
Tytuł oryginalny: Nefilim recenzja książki”

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*