Zaadoptowana tradycja

24 grudnia, pora popołudniowo-wieczorna. W całym mieszkaniu rozlega się dzwonek do drzwi – „Goście przyszli!” – krzyczy gospodarz, zapraszając przybyszy do środka. W jednej chwili w przedpokoju panuje gwar, gdyż wszyscy się witają, całują i obściskują, a pies wesoło poszczekuje i domaga się od każdego kolejnej porcji głaskania i drapania za uszami. Po krótkim czasie goście przechodzą do salonu, gdzie czeka suto zastawiony stół przy którym wspólnie spędzą wigilię świąt Bożego Narodzenia. Wszyscy gremialnie orzekają, że choinka gospodarzy jest piękna i zapewniają dzieci, że Święty Mikołaj na pewno ją zauważy i przyjdzie z prezentami. Gospodyni kładzie na nim ostatnie potrawy doniesione przez rodzinę i po chwili wszyscy się zbierają by dopełnić staropolskiej tradycji dzielenia się opłatkiem symbolizującym Ciało Boże i złożyć nawzajem najlepsze życzenia „zdrowia, szczęścia, pomyślności i jeszcze raz pieniędzy.”

Nadeszła pora na kolejny punkt „programu” jakim jest zasiadanie do wieczerzy. Wszystkie potrawy wyglądają przepysznie i człowiek zastanawia się gdzie pomieści tyle jedzenia. Nie martwi się tym jednak ponieważ właśnie zaczął się czas wolny od pracy i innych nieprzyjemnych obowiązków w związku z czym pośpiech nie jest wskazany, a i pas można rozluźnić o kilka oczek. Pod obrusem znajduje się sianko stanowiące symbol betlejemskiej szopki, w której narodził się Jezus. Pod talerzami natomiast goście odnajdują pieniądze tudzież łuski karpia, które mają zapewnić im dostatek pieniędzy w nadchodzącym czasie. Rzecz jasna nie można zapominać o dodatkowym nakryciu dla nieprzewidzianego gościa mimo tego, że i tak wiadomo, że nikt nie przyjdzie. Dzieci, rzecz jasna najadają się najszybciej. Dlaczego? Powód jest jeden – nie mogą doczekać się pierwszej gwiazdki i związanego z nią przybycia reniferów ciągnących sanie z Mikołajem i worem prezentów na pokładzie. Podczas, gdy zniecierpliwione dzieci wypatrują jasnego punkciku na niebie, reszta gości rozpina guzik w spodniach, poklepuje po brzuchach i jęczy na znak przejedzenia ku uciesze gospodyni. Niedługo potem, po raz drugi tego wieczora rozlega się dzwonek do drzwi, co daje dorosłym znak do odegrania scenek pt. „A kto to przyszedł?” oraz „Dzieci, umyjcie ręce. To Mikołaj!”. Dziatki pędzą do łazienki z nadzieją, że po spełnieniu prośby mamy ujrzą choć fragment czapki brodatego grubaska lecz ich nadzieje są próżne, gdyż pozostało po nim tylko donośne „Ho ho ho!” rozlegające się po klatce schodowej. Dopiero po latach dawne maluchy dowiedzą się, że do drzwi dzwonił sąsiad z dołu, który został „zwerbowany” do podstawienia worka prezentami . Teraz jednak nie ma to znaczenia bo góra paczek czeka na rozpakowanie. Dźwięk rozdzieranego papieru nie ma końca. Wszyscy uczestnicy wigilii zachwycają się (bardziej lub mniej szczerze) podarkami i dziękują Świętemu Mikołajowi, którego już przecież nie ma, bo pojechał do innych grzecznych dzieci. Kiedy wszyscy zdążą przełknąć pierwszą ekscytację (poza najmłodszymi oczywiście), do łask wracają niedokończone potrawy ze stołu, a co bardziej rozśpiewani nucą sobie kolędy. Przy odrobinie nieszczęścia mruczenie pod nosem przeistacza się w rodzinny chórek, który zasługiwałby na cięty komentarz Kuby Wojewódzkiego. Nie ma jednak wątpliwości, że wszyscy ulegli magii świąt i aż żal jest kończyć tak niezwykły wieczór. Kiedy już ostatni gość z prezentem pod pachą zostanie odprawiony gospodynię czeka obowiązek zmywania. Każdego innego dnia wizja doczyszczenia tych wszystkich talerzy, misek, półmisków, szklanek i sztućców byłaby męką, ale nie dzisiaj. Przecież nie ma się gdzie spieszyć.

Powyższy obraz wigilii Bożego Narodzenia przedstawiono na podstawie subiektywnych obserwacji autora tego tekstu. Rzeczą jasną jest, że ta uroczysta kolacja w każdym gospodarstwie ma inny przebieg lecz w każdej z nich a przynajmniej w większości dostrzegane są elementy wspólne takie jak choinka, opłatek, łuska karpia do portfela. sianko pod obrusem, jemioła, puste nakrycie, czy brak mięsnych potraw (na język ciśnie się jeszcze „Kevin sam w domu” jednakże powstrzymam się od złośliwości). Elementy powyższe nadają uroczystej wieczerzy charakter tradycji ku czci narodzin Jezusa Chrystusa. Osoby niewierzące w tym momencie mogą się obruszyć gdyż dla nich wigilia ma zupełnie inny charakter. Nie można jednakże nie stwierdzić, że w tym szczególnym czasie nie brakuje odniesień do religii chrześcijańskiej. Osoby te może ucieszyć fakt, że święto Bożego Narodzenia nie jest wcale świętem o korzeniach chrześcijańskich.

Historia związana z „Bożym Narodzeniem” sięga tysięcy lat przed narodzeniem Chrystusa. Jest to najstarsze święto indoeuropejskie związane z narodzinami boga Słońca i obchodzone było (podobnie jak obecnie) pod koniec roku w grudniu, a dokładniej 21-22 dnia tego miesiąca. Data ta nie była wcale przypadkowa, gdyż wtedy to właśnie słońce znikało za horyzontem najszybciej i jasność ustępowała miejsca ciemności kojarzonej ze złymi duchami, nieszczęściem i nieurodzajem. Uważano, że w tym okresie moc boga Słońca jest najsłabsza w związku z czym należało mu pomóc w przepędzaniu tych wszystkich okropności, które nadchodzą wraz z nocą. Tysiące lat później chrześcijaństwo przeinterpretowało narodziny „światłości” kojarzonej ze słońcem na narodziny Jezusa Chrystusa – wybawiciela niosącego „światłość” wszystkim ludziom na Ziemi.

Uroczystość starożytnych przodków (a także ich następców) stanowiła rytuał, którego poszczególne elementy musiały być odprawione w należyty sposób, co by mieć pewność, że nadchodzący rok będzie rokiem pod wszelkimi względami obfitym i pomyślnym. Uznaje się zatem, że dzisiejsze święto Bożego Narodzenia jest po prostu świętem Urodzaju. Określenie to argumentuje również fakt, że począwszy od IV wieku w dniach 24-25 grudnia Rzymianie obchodzili Saturnalia ku czci boga Urodzaju – Saturna.

Pojęcie Bożego Narodzenia pojawiło się dopiero w IV w. I obchodzone było 24-25 grudnia czyli dokładnie wtedy kiedy wyżej wspomniane Saturnalia.

Warto przyjrzeć się bliżej historii poszczególnych elementów wigilijnych znanych z naszych czasów.

Wolne miejsce dla zbłąkanego wędrowca związane jest z przekonaniem naszych przodków o tym, że podczas tej ważnej uroczystości do ucztujących dołączają przybysze z zaświatów, wśród których może kryć się anioł lub zmarli członkowie rodziny. Umarli pełnili bardzo ważną rolę w wigilijnych obrzędach np. podczas noworocznych wróżb. Ich obecność była tak pożądana, że zapalano świeczki co by ułatwić ich duszom drogę, w chatach stawiano słomiane snopki nazywane „przodkami”, nie używano noży, co by ich nie skaleczyć i przygotowywano ich ulubione potrawy. Nie wyrzucano nawet śmieci gdyż uważano, że w świecie zmarłych mogą one stanowić skarb.

Siano, któremu dzisiaj nadaje się wiadome znaczenie, było elementem wróżby. Ten kto wyciągnął spod obrusa zielone źdźbło mógł liczyć na szczęście, natomiast uschnięte zwiastowało pecha. Ponadto wieszano na stropach słomiane kule, które stanowiły poprzedniki choinek. Dzisiaj dopatruje się w nich swoistych „protoplastów” znanych nam bombek.

Największe „kontrowersje” towarzyszą symbolice choinki. Można ją traktować jako tzw. „pępek świata” stanowiący (używając metaforycznego określenia) „latarnię morską”, która wskazuje duszom drogę na naszych domostw. Dla niektórych jest to symbol odradzającego się życia, a inni znów uważają ją za rajskie drzewo wiadomości dobra i zła. Najciekawsza jest jednak interpretacja według której choinka jest odpowiednikiem niemieckiego drzewa mądrości – Yggdrasil, na którym Odyn popełnił samobójstwo przez powieszenie. Wartym odnotowania jest fakt, że w święta Jule obchodzone w Niemczech wieszano na drzewach ludzi jako ofiary dla Boga. Czy możemy przyjąć, że ten okrutny rytuał nadał tradycję wieszania bombek? Z Niemiec też do Polski trafiła w początkach XIX wieku choinka w formie przypominającej dzisiejszą (Niemcy znali ją już w wieku XVI).

Prezenty i św. Mikołaj również mają swoją pradawną historię. Wzajemne obdarowywanie miało swój początek najprawdopodobniej w rzymskich Saturnaliach i było jednym z obrzędowych elementów „zaklinania urodzaju”. Poprzednikami Mikołaja natomiast byli najprawdopodobniej Wales (bóg ziemi, zaświatów i magii) na słowiańszczyźnie oraz Odyn wśród ludów germańskich.

Warto wspomnieć także o zielonej jemiole zawieszanej obecnie w naszych domach. Otóż okazuje się, że ta celtycka tradycja nie trafiła do Polski z Anglii tudzież Irlandii (jak zwykło się głosić) lecz ze Stanów Zjednoczonych.

Mit gadających zwierząt wiąże się z postem, podczas którego nie jedzono mięsa by zbliżyć się do upragnionego raju, w którym zwierzęta i ludzie żyją „w zgodzie”.

Trzeba przyznać, że zarys ideologiczny bożonarodzeniowej wigilii znacznie różni się od tego wyznawanego przez naszych przodków począwszy od starożytności. Wynika to z faktu, że chrześcijaństwo jest religią bardzo „elastyczną” o dużej zdolności do adaptacji, przyswajania i interpretowania pierwotnie sprzecznych z wiarą założeń (używając najbardziej adekwatnego zwrotu) „na własną modłę”. Stąd też mamy narodziny zbawiciela Chrystusa (odpowiednik indoeuropejskiego starożytnego boga Słońca i Saturna), sianko symbolizujące żłobek, w którym leżał nowonarodzony Jezus i rajskie drzewko dobrych i złych wiadomości. Nie można jednak nie dostrzec przeplatanek kulturowych kryjących się za tradycją i obrzędowością wigilijnej wieczerzy oraz samych świąt znanych z naszych czasów. Istotnym faktem jest, że plątania ta powsiada jeden wspólny mianownik jakim jest uczczenie narodzin nowego życia zwiastujących powodzenie w przyszłości i wszyscy bez względu na przekonania religijne powinniśmy o tym pamiętać.

Autor Jarosław Nowak

StacjaKultura.pl działa dzięki uprzejmości AMSO Laptopy poleasingowe warszawa.

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*