Autor: Anna Pycka
16 Lutego 2010, aktualizacja 2010-02-16 10:16:20
Staniewski o Gardzienicach i planach na przyszłość
W poniedziałek, 15 lutego, w budynku Agory przy Czerskiej 8/10 gościł Włodzimierz Staniewski, charyzmatyczny twórca teatru Gardzienice. Na spotkanie przybyli wierni wielbiciele sztuki wysokiej, antropolodzy i dziennikarze.
Prowadzący spotkanie Remigiusz Grzela na dobry początek przytoczył słowa Andrzeja Stasiuka: „Teatr Gardzienice w mroźnym grudniu to duchowe Karaiby”. Duch duchem, ale w zasypanej śniegiem podlubelskiej wsi niepewni jutra aktorzy marzną, a obiecana przez władze SWPS rezydencja na Pradze po listopadowym niezbyt ciepłym przyjęciu nie napawa wiarą w lepsze jutro.
Ku zaskoczeniu zgromadzonych i samego Staniewskiego dobrą nowinę zwiastowała Jolanta Kubuj, reprezentująca wspomnianą uczelnię, po raz kolejny zapewniając, iż SWPS dokłada wszelkich starań, by teatr w jego murach zaczął funkcjonować. Na tym etapie trwają rzekomo prace koncepcyjne dotyczące min. projektu budynku, który mógłby teatr pomieścić.
Gwoli przypomnienia warto nadmienić, że Ośrodek Praktyk Teatralnych został założony przez Staniewskiego 33 lata temu, od tego czasu zyskał oddanych wielbicieli w kraju i za granicą. Na samym początku aktorzy koczowali w podlubelskich lasach, potem osiedli na gruzach XVII wiecznego kompleksu dworskiego we wsi Gardzienice. Idea była szczytna – iść w lud z kagankiem oświaty, i nawet się to udawało, niektórzy dopatrywali się większego sukcesu socjologicznego niż artystycznego. Po kończącym się w środku nocy przedstawieniu aktorzy wspólnie z widzami szukali miejsc noclegowych w chłopskich chatach, pukali od drzwi do drzwi licząc na polską gościnność. Nawet cenzura ich nie prześladowała, choć zdarzały się przesłuchania i inwigilacje. Kiedy już udało się przetrwać mroczne czasy komunizmu zdawać by się mogło, że będzie już tylko lepiej, ale paradoksalnie, było coraz gorzej. W latach ’90 wymyślono, by w zajmowanym przez teatr kompleksie utworzyć największy na wschodzie ośrodek dla policjantów. Na pytanie: jak mieliby w nim funkcjonować aktorzy? – odpowiedziano: - Wchodziliby legitymując się przepustką. – A widzowie? – Też. Skończyło się na planach. Teraz aktorzy nie czują się bezpiecznie. Na ścianach zaczęły się pojawiać napisy: „Jude raus!”. Staniewski tłumaczy, że w latach ’70 ludzie nie utożsamiali się ze swoją tradycją, teraz poprzez usamorządowienie, przez pryzmat własnego podwórka, proboszcza, i nadal siermiężnego życia chcą odnaleźć utraconą tożsamość, choć to dramatyczny proces reidentyfikacji. W tych poszukiwaniach swojego nie ma miejsca dla eksperymentalnego teatru. Niektórzy proponują pracę z dziećmi, inni sugerują funkcję miejskiego ośrodka kultury. Mimo wieloletnich wysiłków nadal są obcymi i chyba zabrakło im już samozaparcia, by dalej walczyć. Niedługo na teren pałacowego kompleksu wjadą dźwigi i koparki. W końcu pomyślano o odzyskaniu dawnej świetności. Na czas robót remontowych aktorzy muszą znaleźć dla siebie inne schronienie, czy po ich zakończeniu będą mogli/chcieli do Gardzienic wrócić, czas pokaże. Dlatego dobrze by się stało, gdyby trwające już prawie trzy lata rozmowy z władzami SWPS znalazły obiecujący finał. Listopadowe spektakle, choć okrojone i wystawiane w źle zaadaptowanych przestrzeniach, cieszyły się dużą popularnością. Na Pradze mieszają się różne kultury, teatr Staniewskiego miałby pole do eksperymentów, projekt popiera również Stasiuk, jako Prażanin chciałby promować kulturę w swojej dzielnicy. Być może techniki teatralne ułatwiłyby zadzierzgnięcie więzi, byłyby rodzajem inicjacji, szukaniem swoich wśród obcych. To rodzaj animacji kultury przez praktykę, tak można docierać do ludzi, którzy do teatru z własnej woli by nie przyszli. Jednak zgromadzeni w jednym miejscu mogliby świetnie się poczuć, współuczestnictwo w rytuale stworzyłoby możliwość porozumienia. Na razie to tylko marzenia. Rzeczywistość wydaje się być mniej obiecująca. A przecież nikt nie lubi stanu zawieszenia, kiedy w niepewnych warunkach należy wymyślać coraz nowsze rozwiązania, by zadowolić wymagającą publiczność, trudno zapanować nad frustracją.
Ale Staniewski jest wizjonerem. Praca nad przedstawieniem jest dla niego rodzajem dadaizmu, składania elementów niepasujących do siebie, które przy wykorzystaniu magii zaczynają komponować się w piękny obraz. Tworzenie spektaklu porównuje do tańca z wazą, jeśli waza się rozbije, należy ją złożyć na nowo, układając można pozamieniać kawałki, tak powstanie nowa jakość. Od pewnego czasu szuka Staniewski inspiracji dla swojego teatru w starożytnej Grecji. Najbardziej upodobał sobie Eurypidesa. To on, jak nikt przed nim i długo po nim wiele miejsca w swoich sztukach poświecił kobietom, a tylko ten, kto poznał „Medeę” może powiedzieć, że nie były to jakieś kobiety. Eurypides, jak przypomniał Staniewski, był nie tylko autorem tragedii, ale też muzykiem (tworzył tzw. muzykę nową), pisał całe partytury, być może dopiero później dodawał libretto, czyli tekst. Z ogromnym powodzeniem uprawiał malarstwo wazowe, był autorem cheironomii (tam, gdzie aktorowi zabraknie słowa można mówić przy pomocy gestu), ona przyczyniła się do stworzenia nowych schematów (choreografii i pantomimy). Z powodu zainteresowania psychiką kobiecą był uważany za mizogina, nieszczęśliwy w małżeństwie, dwukrotnie rozwiedziony, wypędzony z Aten schronił się na dworze królewskim w Macedonii, to tam powstały „Bachantki”. Umarł pogryziony i rozdarty przez dzikie psy. Dopiero po śmierci jego teksty zaczęły się cieszyć ogromną popularnością. Trudno się dziwić, że tak niezwykła osobowość wzbudziła zainteresowanie również Staniewskiego. Obecnie jego zespół pracuje nad „Ifigenią w Taurydzie”. Na zakończenie spotkania Remigiusz Grzela przypomniał dziecięce marzenie mistrza z Gardzienic: chciał być bohaterem, czyli robić coś z niczego. Niewątpliwe często mu się udawało, oby jednak klimat tych duchowych Karaibów nie uległ gwałtownemu ochłodzeniu, w końcu nawet najstarsi górale nie wiedzą jak długo potrwa zima
Ku zaskoczeniu zgromadzonych i samego Staniewskiego dobrą nowinę zwiastowała Jolanta Kubuj, reprezentująca wspomnianą uczelnię, po raz kolejny zapewniając, iż SWPS dokłada wszelkich starań, by teatr w jego murach zaczął funkcjonować. Na tym etapie trwają rzekomo prace koncepcyjne dotyczące min. projektu budynku, który mógłby teatr pomieścić.
Gwoli przypomnienia warto nadmienić, że Ośrodek Praktyk Teatralnych został założony przez Staniewskiego 33 lata temu, od tego czasu zyskał oddanych wielbicieli w kraju i za granicą. Na samym początku aktorzy koczowali w podlubelskich lasach, potem osiedli na gruzach XVII wiecznego kompleksu dworskiego we wsi Gardzienice. Idea była szczytna – iść w lud z kagankiem oświaty, i nawet się to udawało, niektórzy dopatrywali się większego sukcesu socjologicznego niż artystycznego. Po kończącym się w środku nocy przedstawieniu aktorzy wspólnie z widzami szukali miejsc noclegowych w chłopskich chatach, pukali od drzwi do drzwi licząc na polską gościnność. Nawet cenzura ich nie prześladowała, choć zdarzały się przesłuchania i inwigilacje. Kiedy już udało się przetrwać mroczne czasy komunizmu zdawać by się mogło, że będzie już tylko lepiej, ale paradoksalnie, było coraz gorzej. W latach ’90 wymyślono, by w zajmowanym przez teatr kompleksie utworzyć największy na wschodzie ośrodek dla policjantów. Na pytanie: jak mieliby w nim funkcjonować aktorzy? – odpowiedziano: - Wchodziliby legitymując się przepustką. – A widzowie? – Też. Skończyło się na planach. Teraz aktorzy nie czują się bezpiecznie. Na ścianach zaczęły się pojawiać napisy: „Jude raus!”. Staniewski tłumaczy, że w latach ’70 ludzie nie utożsamiali się ze swoją tradycją, teraz poprzez usamorządowienie, przez pryzmat własnego podwórka, proboszcza, i nadal siermiężnego życia chcą odnaleźć utraconą tożsamość, choć to dramatyczny proces reidentyfikacji. W tych poszukiwaniach swojego nie ma miejsca dla eksperymentalnego teatru. Niektórzy proponują pracę z dziećmi, inni sugerują funkcję miejskiego ośrodka kultury. Mimo wieloletnich wysiłków nadal są obcymi i chyba zabrakło im już samozaparcia, by dalej walczyć. Niedługo na teren pałacowego kompleksu wjadą dźwigi i koparki. W końcu pomyślano o odzyskaniu dawnej świetności. Na czas robót remontowych aktorzy muszą znaleźć dla siebie inne schronienie, czy po ich zakończeniu będą mogli/chcieli do Gardzienic wrócić, czas pokaże. Dlatego dobrze by się stało, gdyby trwające już prawie trzy lata rozmowy z władzami SWPS znalazły obiecujący finał. Listopadowe spektakle, choć okrojone i wystawiane w źle zaadaptowanych przestrzeniach, cieszyły się dużą popularnością. Na Pradze mieszają się różne kultury, teatr Staniewskiego miałby pole do eksperymentów, projekt popiera również Stasiuk, jako Prażanin chciałby promować kulturę w swojej dzielnicy. Być może techniki teatralne ułatwiłyby zadzierzgnięcie więzi, byłyby rodzajem inicjacji, szukaniem swoich wśród obcych. To rodzaj animacji kultury przez praktykę, tak można docierać do ludzi, którzy do teatru z własnej woli by nie przyszli. Jednak zgromadzeni w jednym miejscu mogliby świetnie się poczuć, współuczestnictwo w rytuale stworzyłoby możliwość porozumienia. Na razie to tylko marzenia. Rzeczywistość wydaje się być mniej obiecująca. A przecież nikt nie lubi stanu zawieszenia, kiedy w niepewnych warunkach należy wymyślać coraz nowsze rozwiązania, by zadowolić wymagającą publiczność, trudno zapanować nad frustracją.
Ale Staniewski jest wizjonerem. Praca nad przedstawieniem jest dla niego rodzajem dadaizmu, składania elementów niepasujących do siebie, które przy wykorzystaniu magii zaczynają komponować się w piękny obraz. Tworzenie spektaklu porównuje do tańca z wazą, jeśli waza się rozbije, należy ją złożyć na nowo, układając można pozamieniać kawałki, tak powstanie nowa jakość. Od pewnego czasu szuka Staniewski inspiracji dla swojego teatru w starożytnej Grecji. Najbardziej upodobał sobie Eurypidesa. To on, jak nikt przed nim i długo po nim wiele miejsca w swoich sztukach poświecił kobietom, a tylko ten, kto poznał „Medeę” może powiedzieć, że nie były to jakieś kobiety. Eurypides, jak przypomniał Staniewski, był nie tylko autorem tragedii, ale też muzykiem (tworzył tzw. muzykę nową), pisał całe partytury, być może dopiero później dodawał libretto, czyli tekst. Z ogromnym powodzeniem uprawiał malarstwo wazowe, był autorem cheironomii (tam, gdzie aktorowi zabraknie słowa można mówić przy pomocy gestu), ona przyczyniła się do stworzenia nowych schematów (choreografii i pantomimy). Z powodu zainteresowania psychiką kobiecą był uważany za mizogina, nieszczęśliwy w małżeństwie, dwukrotnie rozwiedziony, wypędzony z Aten schronił się na dworze królewskim w Macedonii, to tam powstały „Bachantki”. Umarł pogryziony i rozdarty przez dzikie psy. Dopiero po śmierci jego teksty zaczęły się cieszyć ogromną popularnością. Trudno się dziwić, że tak niezwykła osobowość wzbudziła zainteresowanie również Staniewskiego. Obecnie jego zespół pracuje nad „Ifigenią w Taurydzie”. Na zakończenie spotkania Remigiusz Grzela przypomniał dziecięce marzenie mistrza z Gardzienic: chciał być bohaterem, czyli robić coś z niczego. Niewątpliwe często mu się udawało, oby jednak klimat tych duchowych Karaibów nie uległ gwałtownemu ochłodzeniu, w końcu nawet najstarsi górale nie wiedzą jak długo potrwa zima
Podobne materiały
Skomentuj
komentarzy (0)
Kod obrazkowy:
Pseudonim (maksymalnie 50 znaków)
Można wpisać maksymalnie 2000 znaków. Pozostało 2000 znaków.
Najczęściej czytane

Emisja jednego z naszych najwybitniejszych spektakli odbędzie się w najbliższy wtorek, 7 lutego o godzinie 20.20. >>

Latynosi są świetni w łóżku, Skandynawowie nie mają zahamowań, Afrykanie nie mają powodów do wstydu, Azjaci mają, ale za to technicznie są świetni. A Polacy? Co możemy dać światu w materii seksu? Jakimi jesteśmy kochankami? >>

W lutym na deskach Teatru Żydowskiego w Warszawie będzie można obejrzeć "Zaczarowaną noc" - spektakl w reżyserii i według scenariusza Szymona Szurmieja - żywej legendy - który zagra również jedną z ról. >>

Kłamstwo w kłamstwie i intryga w intrydze - tak w skrócie można określić tę, dziejącą się w czterech ścianach, komedię. >>

Na deski Teatru TM Roma przywiał widzów gorący podmuch Arabskiej Nocy. Po spektakularnym "Upiorze w operze" i wzruszającym "Les Miserables" recenzujemy dla Was "Aladyna JR". >>

„Morderstwo w hotelu” to komedia grana w Teatrze Capitol w Warszawie. Spektakl prezentuje ciekawe perypetie trójki bohaterów, uwikłanych w zagadkę kryminalną. Przedstawienie uświetnia obsada – profesjonalni aktorzy na czele z Magdaleną Wójcik. >>

31 października, jak zwykle w poniedziałki, zachęcamy by spędzić wieczór ze spektaklem Teatru Telewizji. >>
Ostatnie komentarze
Najnowsze konkursy
Zaproś do stacji znajomych
Newsletter




























