Kilka słów wstępu, albo tytułem PR-u
Na ulotce zachęcającej do obejrzenia spektaklu czytamy, że został zainspirowany dziełami Monthy Pythona oraz Mela Brooksa – specyficznym rodzajem humoru, jak również że mieści się on w konwencji literackiego kabaretu, z elementami teatru. W wywiadach opublikowanych w prasie dowiadujemy się natomiast, że scenarzystę i reżysera w jednej osobie, zainspirowały: „wybitne dzieło” niejakiego R. Koziołka, p.t. "Ciała Sienkiewicza. Studia o płci i przemocy", jak również osobista trauma – konieczność odreagowania stresu z dzieciństwa, wywołanego przez ojca i jego staromodne sugestie czytelnicze, jak również przesadną troską o wychowanie.
Moje oczekiwania
Idąc do teatru oczekuję sztuki przez duże S, natomiast idąc do teatru komercyjnego oczekuję poziomu co najmniej o metr wyższego niż prezentowanego w telewizji, zbliżonego do przyzwoitości.
Scenografia. Introdukcja
Scenografię spektaklu stanowi makieta orlika z bramkami oraz koszem do koszykówki, jak również z ławami umiejscowionymi po obu stronach boiska. Na boisku tym rozgrywają się wszystkie sceny, a w zasadzie scenki, zaczerpnięte wprost z książek Sienkiewicza, odgrywane przez aktorów ucharakteryzowanych i ubranych w kostiumy z epoki. Boisko piłkarskie stanowi czytelną aluzję do nieakceptowanej tu i ówdzie formy patriotyzmu, w jego prymitywnym, kibicowskim wydaniu. Wszystko zaczyna się od przedstawienia się aktorów, jak również od krótkich fraz wygłaszanych przez nich: o tym jak jest źle. W założeniu ma to stanowić prawdopodobnie kpinę z potrzeby – z jakiej w noc zaborów, wyrosły książki H. Sienkiewicza – z potrzeby krzepienia serc. Potrzebę tę wykrzywieni w kpiarskim grymasie aktorzy ewokują na wstępie przedstawienia. Konkluzja brzmi – jest źle.
Aktorzy. Idea. Zarys akcji.
W spektaklu grają znani, cenieni i zdolni aktorzy, m. in.: T.Karolak, Cezary Michalski, Magdalena Boczarska, Olga Bołądź, którzy wcielają się w sienkiewiczowskie typy. Scenarzystą, reżyserem i Henrykiem Sienkiewiczem jest znany dziennikarz i kabareciarz – Krzysztof Materna, tym razem solo. Po wstępnym biadoleniu o tym jak jest źle i pomyślnym wywołaniu ducha największego krzepiciela na literackiej niwie – Henryka Sienkiewicza, jego duch zmartwychwstaje, zstępuje do wołających i do końca pozostaje już demiurgiem, sprawnie kierującym poczynaniami aktorów. Postać Sienkiewicza jest jednak złamana, ponieważ mniej więcej co 20 minut przebija z niej inna postać, Krzysztof Materna regularnie zmienia się bowiem na scenie w samego siebie (a może ani na chwilę nie przestaje być sobą) i wygłasza kwestie, które można zinterpretować jedynie w jeden sposób – jako próbę zdeprecjonowania, ośmieszenia oraz oczernienia XIX-wiecznego pisarza. Bez większej pomyłki stwierdzić należy, że jest to próba chybiona, bowiem zawiera ocenę nie dosyć że niesprawiedliwą, to jeszcze dokonaną w radykalnie zmienionych warunkach, środkami których prymitywizm zasługuje jedynie na wielkie zdziwienie. Środki te nie mają bowiem nic wspólnego z zapowiadanymi na wstępie Monthy Pythonem oraz Melem Brooksem. Brakuje im naturalności, polotu, lekkości jak również ożywczego, anarchistycznego absurdu jakim charakteryzował się humor patronów „H.S. Greatest hits”. Z prawie każdego żartu emanuje tu nachalna teza, którą lansuje autor scenariusza, wbrew urokowi odgrywanych w kabaretowej konwencji scenek, zaczerpniętych z trącących myszką, lecz jednak znaczących powieści – Sienkiewicz jest do bani.
Akcja w sensie ścisłym
Akcję spektaklu w sensie ścisłym stanowią przemieszane z dużą sprawnością sceny z dzieł Henryka Sienkiewicza. Jest tu wszystko: sensacyjność Potopu, egzotyka W pustyni i w puszczy, antyczność Quo vadis, rzewność Janko Muzykanta, emigracyjność Za chlebem. Scenki odgrywane przez czołowych polskich aktorów posiadają wiele uroku, ich najmocniejszą stroną jest właśnie gra aktorska, szczególnie w wykonaniu męskich członków zespołu, do których zbliża się niekiedy M. Boczarska. Również zaskakujący bieg intrygi, łączenie konwencji, a także bezczelny humor zaklęty w przekraczającą granice absurdu fabułę, może się podobać.
Niestety, powyższe niezaprzeczalne walory spektaklu-kabaretu zostały skutecznie zniweczone przez żenująco niski poziom niektórych żartów, a przede wszystkim nachalną tezę, że: „Sienkiewicz jest do bani, a docenianie go jest pomyłką, której nie rozumiemy i której nie akceptujemy”. Treść ta serwowana jest co kilkanaście minut za pomocą grubych, szyderczych sztychów. Wyraża ona podświadomą, usilną potrzebę zrelatywizowania postaw, zdeprecjonowania podziału na dobro i zło, a także usiłowanie zdemitologizowania powieściowych bohaterów za wszelką cenę. Jest to w istocie próba przyprawienia postaciom Sienkiewicza gęby pociesznych, kierujących się najniższymi instynktami indywiduów. Idee fixe spektaklu stanowi zatem potrzeba zdekonspirowania wzniosłości i idealizmu, które przenikliwy autor scenariusza postrzega jako upudrowaną demoralizację, jakby nie dowierzając że wzniosłość i idealizm były kiedykolwiek możliwe.




więcej »


























