Autor: Katarzyna Łupińska
06-02-2011
Śmierć szczęśliwa recenzja spektaklu
„Twoje ciało cię zdradzi” – ostrzega nas plakat anonsujący nowy spektakl Sceny Prapremier InVitro. Żadne odkrycie. Ciało jest zdradzieckie, to oczywistość.
Ale jak zareagować na tę zdradę: zerwać wszelkie kontakty ze swoim ciałem, pozbyć się go raz na zawsze, czy próbować jakoś scementować związek, toczyć walkę do ostatniej kropli krwi? Nieuchronnie zbliżamy się do kontrowersyjnego i dość intensywnie obecnego we współczesnym dyskursie publicznym słówka eutanazja, „godna śmierć”. Jak się okazuje, nie jest ono wcale proste i jednoznaczne. Śmierć szczęśliwa w reżyserii Łukasza Witt – Michałowskiego to jedna z wielu prób ujarzmienia tematu umierania. Problem to równie odwieczny jak człowiek, ale w ostatnich latach sytuacja nieco się skomplikowała. Transplantacje, respiratory, uporczywa terapia, dawcy organów, śmierć na życzenie – i inne modne słowa – dla jednych dobrodziejstwa, dla drugich zagrożenia rozwoju cywilizacji. Przeciwnicy i zwolennicy, zazwyczaj obie strony radykalne. A może nie ma właściwego rozwiązania?
Już sama scenografia spektaklu daje do myślenia. Przestrzeń sceny podzielono na dziewięć sześcianów, które widzowie obserwują z dwóch perspektyw: z góry (poniekąd z „lotu ptaka”) – bo widownia jest usytuowana dość znacznie powyżej sceny – i na wprost, na wysokości swoich oczu, na ścianie będącej ekranem transmitującym to, co dzieje się w sześcianowych boksach, obróconych tu razem z przebywającymi w nich postaciami o 90 stopni, jakby ustawionych w pionie. Zatem nawet przestrzeń jest podwójna, poziomo – pionowa, zmuszająca do przyjęcia dwóch punktów widzenia.
Ale zanim ujrzymy scenografię, otacza nas ciemność i głos dobiegający z głośników (dialogi zostały nagrane wcześniej i odtwarzane w synchronizacji z ruchami mimów). Mówiący o swoim umieraniu. Na raka, rzecz jasna, przecież to choroba-symbol naszych czasów. Opisy chorowania są dość szczegółowe, nasycone biologią, anatomią, terminologią szpitalną, jaką operuje każdy pacjent o dłuższym stażu. Przeraźliwie realne. Wkrótce jaśnieje światło i pojawiają się aktorzy (Wrocławski Teatr Pantomimy i Lubelski Teatr Tańca). Rozbrzmiewają dźwięki łagodnej, „siestowej” piosenki (Quizas, quizas Nat King Cole). Zaczynają się historie – widzimy kolejno trzy flirtujące w kawiarnianej scenerii pary.
Sytuacje i postaci są typowe, co podkreślają ich kostiumy – uniformy zróżnicowane jedynie ze względu na płeć. Po chwili jednak idylla pryska i typowość wzbudza niepokój. Sprawia bowiem wrażenie, że bohaterowie są zwielokrotnieniem moralitetowego everymana, a co za tym idzie – że mówią nam o czymś powszechnym i uniwersalnym, dotyczącym wszystkich śmiertelników, bez wyjątku. I choć temat także zahacza o moralitet (śmierć), średniowieczny gatunek wydaje się w tym przypadku niewystarczający. Ponieważ zatarła się wyrazista granica pomiędzy dobrem a złem, pozostawiając ludziom przekleństwo wyboru. Śmierć szczęśliwa uderza właśnie tą rozpaczliwą świadomością nierozstrzygalności. Co jest gorsze, a co lepsze, co teoretycznie, co praktycznie, czy złego syna uczynić dobrym pozwalając na odłączenie go od życia, które właściwie już życiem nie jest, tylko tępym biciem serca, a tylu żywych dobrych ludzi czeka na jego nerki, wątrobę i inne pożyteczne wnętrzności. Zmagać się z wszechobecnym rakiem, HIVem lub innym dręczycielem łudząc się nadzieją na powrót do zdrowia, podczas gdy śmierć wydaje najlepszym z możliwych rozwiązań, ulgą. Być bezwładnym ciałem, które do najprostszych czynności potrzebuje pomocy innych osób, zupełnie pozbawione intymności – czy odejść z godnością w centrum Blue Oasis? Cierpienie uszlachetnia. Cierpienie odczłowiecza. Cholerna wolna wola. Człowiek jest dla siebie tajemnicą i wszystko jest tylko teorią, dopóki nie stanie się osobistym doświadczeniem. Jaka śmierć jest w końcu szczęśliwa?
Osobiście polecam.
Już sama scenografia spektaklu daje do myślenia. Przestrzeń sceny podzielono na dziewięć sześcianów, które widzowie obserwują z dwóch perspektyw: z góry (poniekąd z „lotu ptaka”) – bo widownia jest usytuowana dość znacznie powyżej sceny – i na wprost, na wysokości swoich oczu, na ścianie będącej ekranem transmitującym to, co dzieje się w sześcianowych boksach, obróconych tu razem z przebywającymi w nich postaciami o 90 stopni, jakby ustawionych w pionie. Zatem nawet przestrzeń jest podwójna, poziomo – pionowa, zmuszająca do przyjęcia dwóch punktów widzenia.
Ale zanim ujrzymy scenografię, otacza nas ciemność i głos dobiegający z głośników (dialogi zostały nagrane wcześniej i odtwarzane w synchronizacji z ruchami mimów). Mówiący o swoim umieraniu. Na raka, rzecz jasna, przecież to choroba-symbol naszych czasów. Opisy chorowania są dość szczegółowe, nasycone biologią, anatomią, terminologią szpitalną, jaką operuje każdy pacjent o dłuższym stażu. Przeraźliwie realne. Wkrótce jaśnieje światło i pojawiają się aktorzy (Wrocławski Teatr Pantomimy i Lubelski Teatr Tańca). Rozbrzmiewają dźwięki łagodnej, „siestowej” piosenki (Quizas, quizas Nat King Cole). Zaczynają się historie – widzimy kolejno trzy flirtujące w kawiarnianej scenerii pary.
Sytuacje i postaci są typowe, co podkreślają ich kostiumy – uniformy zróżnicowane jedynie ze względu na płeć. Po chwili jednak idylla pryska i typowość wzbudza niepokój. Sprawia bowiem wrażenie, że bohaterowie są zwielokrotnieniem moralitetowego everymana, a co za tym idzie – że mówią nam o czymś powszechnym i uniwersalnym, dotyczącym wszystkich śmiertelników, bez wyjątku. I choć temat także zahacza o moralitet (śmierć), średniowieczny gatunek wydaje się w tym przypadku niewystarczający. Ponieważ zatarła się wyrazista granica pomiędzy dobrem a złem, pozostawiając ludziom przekleństwo wyboru. Śmierć szczęśliwa uderza właśnie tą rozpaczliwą świadomością nierozstrzygalności. Co jest gorsze, a co lepsze, co teoretycznie, co praktycznie, czy złego syna uczynić dobrym pozwalając na odłączenie go od życia, które właściwie już życiem nie jest, tylko tępym biciem serca, a tylu żywych dobrych ludzi czeka na jego nerki, wątrobę i inne pożyteczne wnętrzności. Zmagać się z wszechobecnym rakiem, HIVem lub innym dręczycielem łudząc się nadzieją na powrót do zdrowia, podczas gdy śmierć wydaje najlepszym z możliwych rozwiązań, ulgą. Być bezwładnym ciałem, które do najprostszych czynności potrzebuje pomocy innych osób, zupełnie pozbawione intymności – czy odejść z godnością w centrum Blue Oasis? Cierpienie uszlachetnia. Cierpienie odczłowiecza. Cholerna wolna wola. Człowiek jest dla siebie tajemnicą i wszystko jest tylko teorią, dopóki nie stanie się osobistym doświadczeniem. Jaka śmierć jest w końcu szczęśliwa?
Osobiście polecam.
Podobne materiały
Skomentuj
komentarzy (0)
Kod obrazkowy:
Pseudonim (maksymalnie 50 znaków)
Można wpisać maksymalnie 2000 znaków. Pozostało 2000 znaków.
Najnowsze zdjęcia
Najczęściej czytane

Liczby to domena działu Gry i Technika, a jednak teatr też się ma czym pochwalić w tej dziedzinie. Teatr Polonia poinformował bowiem, że już niebawem spektakl Darkroom wystawiany od 6 lat przekroczy pewną magiczną liczbę. >>

Sztuka "Ten fantasyczny burdel" opowiada o zakłamaniu świata z jednej strony, a z drugiej o nadziei, że w człowieku jest także miłość, która zmienia świat na lepsze. >>

AB OVO URODZINOWO!
To nasze 2 urodziny. Zapraszamy ciepło 16 maja, o godzinie 20:20. Wejściówki po 15pln.
Grupę TEATRALNĄ AB OVO tworzą:
-Katarzyna Michalska - ZAŁOŻYCIELKA GRUPY
-Agnieszka Bajer
-Jasiek Aleksandrowicz-Krasko
-Rober >>
Ostatnie komentarze
Najnowsze konkursy

Paryż miasto zakochany, które podobno nigdy nie śpi. Jednak, jak każda większa metropolia, tak i ta ma swoje sekrety, a pozwala je odkryć audiobook „Sekretne życie miasta”, który jest dzisiaj do wygrania w naszym konkursie.
więcej »
więcej »
Zaproś do stacji znajomych
Newsletter



























