06-08-2010
AAA |
Ocena: 5  1 głosów
Makbet recenzja spektaklu
O telewizyjnej realizacji "Makbeta" w reżyserii Andrzeja Wajdy.

Materiał pormocyjny

25 maja 2010 roku na antenie TVP Kultura wyświetlono spektakl "Makbet" Williama Szekspira, który kończył cykl "Miesiąc z Teatrem Andrzeja Wajdy". Tragedia stanowiła telewizyjną premierą spektaklu pochodzącego z 2004 roku, kiedy to miał miejsce prawdziwy wysyp „Makbetów” (realizacji dramatu podejmowali się wówczas najważniejsi reżyserzy - Grzegorz Jarzyna, Krzysztof Warlikowski i początkująca Maja Kleczewska). Do tragedii tej sięgnięto wówczas niejako za sprawą wojny w Iraku, która stanowiła doskonały pretekst, by odświeżyć nakreślony przez Szekspira dramat ludzkiego pożądania władzy. Ważniejszy jednak dla Wajdy był kontekst powieści Fiodora Dostojewskiego, z której zaczerpnięto myśl przewodnią: „Kto sumienie ma, będzie mu ono karą”. „Makbeta jako sztukę o władzy już wielokrotnie widzieliśmy. Mam nadzieję, że uda mi się z aktorami wydobyć temat zbrodni i kary. W tym jest tajemnica tej sztuki, jej siła i piękno.”, powiedział Andrzej Wajda.

 

Nie bez kozery odtwórcami głównych ról są aktorzy dojrzali - Krzysztof Globisz jako Makbet i Iwona Bielska jako jego żona. Bohaterowie mają świadomość braku przebojowości, możliwości osiągnięcia w życiu czegoś więcej normowanymi w społeczeństwie ścieżkami. Ich życie tak naprawdę zostało już dookreślone i jedynym, na co mogą przystać, jest respektowanie niemożności zmiany i oczekiwanie na przeminięcie wieku średniego i wejście w spokojną starość. Oboje są jednak ludźmi ambitnymi i chcieliby czegoś więcej… Momentem znaczącym, de facto budującym całą fabułę dramatu, jest pojawienie się na drodze wracającego z pola bitwy Makbeta trzech wiedź, które wyjawiają mu jego rzekomą przyszłość: panowanie w zamku Glamis, hrabstwie Kawdoru, wreszcie objęcie korony Szkocji. Właśnie w tym momencie rozpoczyna się spektakl. Wkraczamy na szare deski sceny (znamionować one będą wszystkie przestrzenie tej niezwykłej inscenizacji, łącznie z lasem Birnam) wraz z głównym bohaterem i jego przyjacielem Bankiem. Tło, dzięki możliwym w realizacji telewizyjnej efektom specjalnym, przedstawia rozmyte we mgle niebo. Na ziemi ułożone są w równych odstępach zawinięte w czarne worki – jak się domyślamy – ludzkie zwłoki. Przestrzeń przywodzi na myśl cmentarz, uproszczony jednak, bo bez ozdobnych nagrobków czy chociażby dołów wykopanych w ziemi. „Tak ponurego dnia i tak pięknego,/ Jak żyję, nigdy jeszcze nie widziałem”, pada kwestia Makbeta. W scenerii tej pojawiają się wspomniane wiedźmy (odgrywane przez Ewę Kolasińską, Beatę Paluch i Katarzynę Warnke), które same przypominają nieboszczki – ich ciała skrępowane są analogicznymi workami, co wspomnianych zwłok „rozrzuconych” po scenie z geometryczną estetyzacją niemalże, twarze przewiązane mają bandażami, wypudrowane i blade, z cieniami wokół oczu. Wydają się być marami bitwy, która zakończyła się w tym miejscu, a która pochłonęła tak wiele ofiar. Pojawiają się nagle, równie gwałtownie znikają. Sam Makbet i Banko mają na sobie czarne stroje przywodzące na myśl żołnierskie, pasujące do modelu buty, kamizelki ochroniarzy, niemalże kuloodporne. Ogół stylizacji wpisuje dramat w kontekst wojny, walk, śmierci, okrucieństwa. Nie mamy pewności, kim byli ci, których ciała zawinięto w worki. Przez bohaterów są oni ignorowani, jakby nie istnieli, albo byli przynajmniej się nie liczyli, byli częścią krajobrazu, naturalną zresztą. Kolorystyka dodatkowo podkreśla nastrój zgonu, rzeczy ostatecznych: szarości, granaty, czerń… Kolory ciemne i nie pozostawiające żadnych wątpliwości co do odniesień semantycznych.

 

W kolejnej scenie przenosimy się do wnętrza zamku Makbeta, które to jeszcze mocniej zaakcentowane zostało przez eliminację kolorystyki na rzecz królującej czerni. Przestrzeń przywodzi na myśl wnętrze teatru, konkretnie scenę, na której zresztą pierwotnie odgrywano spektakl. „Powstał zupełnie inny obraz, choć styl, obsadę i dekoracje przenieśliśmy wiernie z oryginalnej inscenizacji”, opowiadał o telewizyjnej produkcji Andrzej Wajda. „Pozostał zimny klimat świata zminimalizowanego do kilku odcieni: czerni, szarości, błękitu. Dodaliśmy jednak efekty specjalne, przez co widowisko stało się czymś z pogranicza kina i teatru.” Nie koncentrowano się więc na zmianie stylistyki, przetworzeniu obrazu, by dzięki nim uzyskać nowe znaczenia. Wspomniane efekty specjalne dotyczą tak naprawdę jedynie przestrzeni „na zewnątrz”. Uszanowano natomiast specyfikę kamery filmowej. W scenerii czarnych ścian, które ograniczają przestrzeń, porządkują ją, poznajemy Lady Makbet. Ubrana w czarną, długą suknię, stąpająca boso, w czarnych rajstopach, niezwykle blada… Twarz staje się niejako punktem centralnym, na który zwracamy uwagę, mimowolnie łącząc resztę w plamę czerni rozlewającą się na ekranie. Obserwujemy, jak potrząsa blond lokami, jak wykrzywia jej usta mimika szatańskiej modlitwy o siłę… Wydaje się jakby nienaturalne przypudrowana, wręcz trupio blada, podług rokokowych gustów idealnie wyzbyta z nadmiaru krwi. Pomimo wstrząsających nią emocji, nie zauważa się na jej twarzy żadnych rumieńców, jakby napędzający człowieka czerwony olej w jej żyłach w ogóle nie płynął, jakby trybiki tego niewieściego mechanizmu nakręcała inna siła, o której źródło boimy się zapytać.

 

Przywitanie króla Duncana i jego świty odbywa się na, jak możemy mniemać, dziedzińcu zamku. Przestrzeń ograniczona jest tutaj przez czarne ściany (podobnież, jak w scenie poprzedniej), otwarta jest jednak na niebo, na którego poszarzałym błękicie obserwować możemy ciemne, kojarzące się z deszczowymi, chmury. Król wchodzi na scenę (tak należałoby rozumieć powierzchnię gry, którą pokrywają szare deski rodem z zabudowań teatru pudełkowego i tamtejszej sceny właśnie) poprzez „bramę”, która otwiera nieco tę zamkniętą przestrzeń (w oddali nie widać żadnych zabudowań, jedynie ciągnący się bezkres nieba i chmur). Samo uporządkowanie scenografii kojarzyć się może z teatrem rzymskim: brak tu potrójnych drzwi, niemniej doskonale uwidocznione są drzwi wejściowe. Całość jest również zgeometryzowana, symetryczna. W scenie tej zostaje po raz pierwszy złamana kolorystyka: wraz z rozwijanym dla króla dywanem pojawia się czerwień, kojarząca się nie bez przyczyny z krwią: zwiastuje zbliżającą się śmierć stąpającego po niej króla (jak możemy, słusznie zresztą, sądzić: śmierć nienaturalną, będącą przemocą). Dodatkowym wyróżnikiem jest bukiet białych lilii: są to pierwsze w spektaklu przedmioty „naturalne”, estetyczne, pozytywnie wartościujące. Jak będzie można zauważyć w toku postępującej akcji, owe fragmenty flory znamionować będą sceny z królem, jego najbliższymi, świtą. Z postaciami, które utożsamiać będziemy z „dobrymi”, bohaterami pozytywnymi, opozycyjnymi wobec ogarniętego morderczą manią Makbeta.

 

Tytułowy bohater waha się. W jego rozmowie z żoną (którą obserwujemy w kolejnym ujęciu, przenosząc się ponownie do wnętrza zamku) zauważamy jego niemoc decyzyjną. Postacią, która swą wewnętrzną siłą napędzi akcję, jest Lady Makbet. Niczym femme fatale, starotestamentowa Ewa uwiedziona przez diabła, podaje mężowi zatruty owoc (z drzewa poznania dobra i zła) i zachęca do zbrodni. „Byłbyś człowiekiem jeszcze bardziej”, kusi Makbeta. Mamy jednak świadomość, że dokonawszy mordu, bohater zabije w pewien sposób sam siebie, swoje człowieczeństwo właśnie. Czy można sprowadzić je do popełniania błędów, potykania się, bycia grzesznym? W filozofii Lady Makbet zabrakło pierwiastka chrześcijańskiego: żalu za winy i chęci odpokutowania. Bycie więc człowiekiem, o którym mówi, byłoby niepełne, skrajnie niedoskonałe. Kusi jednak, jak diabeł obiecując to, czego spełnić nie może. O nadziei czy też miłości męża wyraża się epitetami „blada, ospała i pełna niechęci”. Wydaje się, że to są słowa idealnie opisujące w ogóle świat przedstawiony, bohaterów. Ekspresyjność ich, którą czasem możemy zaobserwować, niejako nie ma nic wspólnego z żywotnością rozumianą jako pulsacja czerwonego, czującego serca, miłość, pożądanie. Bohaterami żądzą bardziej przyziemne motywy, związane raczej z głową, logistyką i spiskowaniem, aniżeli z uczuciowością właśnie. Władają bohaterami emocje, a jakże, z początku jednak tłumione są one w efekcie doprowadzone do ostateczności. „Niech pozór światem włada”, pada kwestia. Bohaterowie mają świadomość nierealności świata, w którym się znaleźli, jego nierzeczywistości, do której – de facto – sami chcą doprowadzić, niszcząc wartości.

 

Makbet walczy z widmami, objawia mu się zakrwawiony sztylet, którego nie widzi nikt poza bohaterem. „Nie, to nieprawda, nie ma niczego takiego!”, powtarza w stronę kamery, kierując swój przerażony głos w stronę widza, niejako zdradzając „aktorskość” gry, teatralność. Dekonstruuje świat przedstawiony, dzieje się jednak to, co zostało nam już zapowiedziane: pozór zaczyna światem tym rządzić. W stronę kamery kieruje również słowa: „Tobie do nieba albo do piekła.”, które w chwili wypowiadania przestają być jego monologiem wewnętrznym, a zaczynają dotyczyć widzów również. Utożsamiając się bowiem z głównym bohaterem, stojąc po jego stronie, będąc włączonymi w spisek, niejako z konieczności wpisujemy się w pytanie o eschatologię. Antagonizm niebo-piekło zaznacza się również w kreacji przestrzeni: zamek Makbeta i przynależąca do niego powierzchnia (dziedziniec na przykład) zamknięte są horyzontalnie, ograniczone. Przejmuje natomiast człowieka otwarcie na niebo, nienaturalne jakby, więzienne, wertykalne. Dom staje się wewnętrznym przedstawieniem samego bohatera.

 

Dokonuje się zbrodnia. Zza czarnej ściany scenografii „wychodzą” dwa sztylety myśliwskie umoczone we krwi. Za nimi pojawia się Makbet z rękami ubroczonymi czerwoną mazią. Bohater jest w wyraźnym szoku, bredzi coś pod nosem. Lady Makbet stara się wybudzić go z odrętwienia. „Śpiący zmarli to tylko obrazy”, powtarza, dodając po chwili: „malowanego diabła”. Użyty przymiotnik odwołać można do zakrwawionych rąk bohatera, malowanych niejako, zanurzonych w czerwonej farbie. Z bladych, zaciśniętych pięści Lady Makbet wyrywa mężowi sztylety.

 

Po śmierci króla para głównych bohaterów dookreśla słowami Szekspira przestrzeń: „Gwałtem pozbawiona świątynia życia.”, „(…) z ciemnicy, którą stała się ziemia.”. Zaczynamy łączyć w całość wiersze sztuki i oprawę graficzną spektaklu Wajdy. Słowa zdają się być wzmocnione, bardziej wyraźne, narzucają się nam niejako, każąc odczytywać sensy. „Z pozoru śmierci spojrzyjcie na śmierć prawdziwą.” Czyżbyśmy wcześniej mieli do czynienia z pozorem śmierci? Sami bohaterowie, ich charakteryzacja, ukształtowanie otoczenia wreszcie… Czyż one nie stanowiły wyobrażenia jakiegoś grobowca, krypty, nieokreślonych duchów, zjaw? Być może w przestrzeni tej właśnie – samej w sobie nierzeczywistej, pozornej, zawieszonej między życiem a śmiercią – konieczne było zadanie ciosu, gwałtu, wartościom wyższym? Może umoczywszy się we krwi dopiero możliwe było – o ironio – odczucie na nowo życia i istnienia w pełni? Pozbawieni krwi bohaterowie (tej przynajmniej, która barwiłaby ich skórę na kolory przypominające ludzkie) w cieczy tej właśnie zdają się doszukiwać obecności prawdy.

 

Wejściu bohaterów na scenę – z koronami na głowach, zajmujących należne im po śmierci króla miejsce (synowie jego uciekli w obawie o własne życie) – towarzyszą światła, których źródła nie widać, promienie te jednak zdają się otaczać ich głowy i sylwetkę jasną łuną, tworzyć aureole niemalże. Stali się sami dla siebie bogami, dyktującymi prawa, rozporządzającymi cudzym życiem i śmiercią. Bohaterowie zasiadają na tronie, po jednym po stronie prawej i lewej, dzielącymi przestrzeń sali. Pośrodku stoi taboret, przy nim też znajduje się Banko (pomiędzy młotem a kowadłem, Scyllą i Harybdą – zaszczuty jest niejako przez Makbeta i jego żonę, otoczony, z odciętymi drogami ucieczki). Gdy bohater odchodzi, pojawiają się postaci w czarnych garniturach (w miejsce białych koszul ubrane szare, co potęguje wrażenie niejakości i martwoty – zwykliśmy bowiem życie utożsamiać z kolorami). Wyglądają jak grabarze lub agenci tajnego wywiadu, którzy nie mają dobrych zamiarów… To im Makbet zleca zamordowanie przyjaciela i jego syna – by nie dopełniła się przepowiednia Banka.

 

Kolejna scena wprowadza nas w nową przestrzeń – do królewskiej jadalni. Centralne miejsce zajmuje nakryty białym obrusem stół – jest to najjaśniejsza plama na tym odmalowanym przez scenograf Krystynę Zachwatowicz obrazie. Ze wszystkich stron jest to pomieszczenie zamknięte czarnymi ścianami, bez sufitu jednak – otwarte na niebo, jakby ku niemu kierujące cały czas swój wzrok. Makbet i jego żona oczekują gości. Zajmują miejsca przy stole na nienaturalnie – w porównaniu do pozostałych – wysokich krzesłach: jakby górowali nad przestrzenią, byli bogami właśnie. Sam kształt tych mebli jest nie bez znaczenia: wyglądając zza wysokich oparć, przywodzących na myśl przyklejone do stołka drabiny, bohaterowie wyglądają, jakby wynurzali się zza krat, jakby we własnym domu stali się więźniami: więźniami na własne życzenie, własną modłę. Sami siebie tak naprawdę bowiem wikłają, narzucają ograniczenia. Rozmowę Lady Makbet i jej męża przerywa pojawianie się gości: postaci w czarnych garniturach, z białymi koszulami jednakże. Zdają się oni nie być wpisanymi do światka dwójki bohaterów. Dzięki ich łagodniejszej stylizacji (podkreślonej właśnie przez kolor koszul) możemy domyślać się, że nie wiedzą o zajściach w zamku, że cechuje ich niewinna niewiedza. Uderzający jest fakt, że do stołu podają postaci ubrane na czarno, w czarnych kominiarkach. Wyglądają jak wynajęte zbiry, którym brak w dłoniach kijów bejsbolowych dla dopełnienia wizerunku, na dworze Makbeta pełnią natomiast funkcje kelnerów. Uderzające jest to zestawienie właśnie – są „na usługach pana”, a więc dookreślają samego tytułowego bohatera jako kogoś, kto trudni się sprawkami ciemnymi, nielegalnymi, kto potrzebuje stałej ochrony, bo w żadnej sytuacji nie może czuć się bezpieczny. W scenie tej Makbet ukazywany jest specyficznie: występujący zawsze z przodu kamery, bliżej niej ustawiony niż reszta aktorów, zdaje się górować nad towarzyszami, przybierać zdecydowanie większe rozmiary. To on tu jest ważny, to on jest panem.

 

W trakcie uczty nowy władca Szkocji zaczyna mieć przywidzenia: ukazuje mu się zamordowany Banko – żywi powstają z martwych. „To niesamowite! Straszniejsze niż sam mord!”, wykrzykuje Makbet. Zawoławszy: „Wiwat król!”, wyrzuca przed siebie kielich, z którego wylewa się na biały obrus wino, nieodparcie kojarzące się nam w tym momencie z plamą krwi. Widząc to, bohater zdziera ze stołu okrycie, pozostawiając sam mebel: szary i surowy jak reszta krajobrazu. Dopiero wejście na niego sprawia, że mara znika. Cała scena jest wyobrażeniem psychicznego uwikłania bohatera, który nie potrafi poradzić sobie z własną psychiką: zbyt słabą, by udźwignąć brzemię zbrodni. Przywołać można skojarzenia ze wspominaną „Zbrodnią i karą”. Nie powinno nas bowiem dziwić czerpanie inspiracji z książki Fiodora Dostojewskiego – Raskolnikow i Makbet wydają się być do siebie bardzo podobni. Szekspir natomiast nie pozostawia nam złudzeń, doprowadzając bohaterów na skraj przepaści i pozwalając im w nią nie tyle spaść, co wręcz skoczyć.        „Czyn a nie namysł to najlepszy stróż.”, wyznaje bohater, zdradzając swoje podejście do sytuacji – obdarte z rozumowania, zastanawiania się nad ewentualnymi konsekwencjami.

 

Po raz drugi pojawiają się wiedźmy. Skrępowane są workami jedynie do pasa, górę ich ciała pokrywa jakby biały bandaż, którym są przewiązane (mumie?), ich głowy zdobią białe czepki. Są niejako „prześwietlone”, z nakierowanymi na siebie niewidocznymi lampami realizatorów, trzymające trójkątne lustra, które dodatkowo wspomniane światło odbijają. Wydają się pochodzić nie z tego świata, ich głos rozchodzi się echem, zaburzone jest zarówno widzenie, jak i słyszenie postaci. Oślepiają głównego bohatera, który stoczył się w ciemność, a ogarniająca go nagle jasność krępuje zmysły, zaburza postrzeganie. Pada druga przepowiednia. W miejsce wiedź (do których nagłych pojawień się i zniknięć zdążyliśmy przywyknąć) pojawia się grający w szachy sługa. Makbet rozrzuca figury, zdenerwowany. Jego towarzysz wkłada je do pudełka wyściełanego czerwonym aksamitem. Scena ta symbolizować może ogólne rozbicie królestwa, wszechogarniającą zgrozę i zataczającą coraz większy krąg śmierć – gwałtowną, morderczą, siłą odbierającą nie należące do niej jeszcze życia. Dowiadujemy się, że Makduf (szkocki lord domyślający się prawdy) uciekł do Anglii, nie dosięgła go więc niszczycielska rządza Makbeta. Bohater odczuwa żal, że w porę go nie zabił, co dodatkowo dookreślać może czerwone, niemalże krwiste sukno pudełka na szachy.

 

W kolejnej scenie poznajemy żonę Makdufa i jego syna zastraszonych sytuacją. „Lęk budzi w nas wszystko, co widzimy”, pada kwestia, dodatkowo wzmocniona przez kolejną: „Każdy z nas może być zdrajcą”. Przybywają „agenci specjalni” Makbeta, ubrani tym razem w żołnierskie, czarne stroje. Znając ich zadania do wypełnienia domyślamy się celu odwiedzin, same stroje zresztą implikują odpowiednie odniesienia: nie są to postaci nastawione pozytywnie, z dobrymi intencjami. „Na tym świecie złe rzeczy się ceni”, rzuca Lady Makduf, jakby podkreślając sytuację. Na jej szyi spoczywa krzyż, moralność bohaterki dookreślona jest więc przez wartości religijne, wiarę. Stajemy się zatem świadkami kolejnego mordu – tym razem na kobiecie i dziecku. Tak naprawdę zbrodnie w tej sztuce należą do tych z rodzaju najgorszych, charakteryzują się skrajnym brakiem zasad. Zabicie we śnie, odebranie życia matce z dzieckiem… To tak naprawdę mordy na tych, którzy nie mogą się bronić, czyny tchórzliwe i człowieka o małym sercu charakteryzujące…

 

Przenosimy się do Anglii, gdzie przebywa Malkolm, prawowity następca tronu Szkocji. Rozmawia z lordami, między innymi z Makdufem, który dowiaduje się o zamordowaniu jego najbliższych. Sceneria przywodzi na myśl dialog na molo: obserwujemy morskie fale, deski są w kolorze piasku, podobnie jak strój młodego syna Duncana (moro w kolorze khaki). Niebo łączy w sobie obie kolorystyki: delikatny, przyjemny błękit z miłym dla oka pustynnym beżem. Zapadające tu decyzje dotyczące zbrojnego natarcia na zamek Makbeta wydają się nie napawać grozą, być czymś koniecznym, naturalnym – jak okolica. „Tak musi być”, zdajemy się myśleć.

 

W kolejnej scenie powracamy do głównego bohatera, którego postawa jest jakby zmieniona. Pewien swego (przepowiednia bowiem zdała się rozpędzić wszystkie jego wątpliwości i dodać pewności siebie, pewności zajmowanego stanowiska) nachyla się w kierunku kamery, zajmuje środek sceny. Poznajemy dziedziniec jego zamku, na którym witaliśmy uprzednio króla Duncana. Drzwi są jednak zamknięte: stalowe, ciężkie, czarne. Strzegą ich po obu stronach dwaj zamaskowani mężczyźni w kominiarkach. Sam Makbet przypomina swą postawą i otoczeniem stale knującego gangstera, rządnego coraz to większej władzy.

 

W międzyczasie przybliżona zostaje nam sytuacja Lady Makbet, która obchodzi wnętrze zamku, próbując zmyć z rąk wyimaginowane ślady krwi. Jest oświetlona od tyłu, objęta łuną. Nie jest umalowana, jakby zachowywała naturalność, wygląda natomiast na jeszcze bledszą niż uprzednio. Przyglądają się jej kobieta siedząca na krześle i stojący obok lekarz, którzy komentują sytuację i wyjaśniają stan Lady Makbet, która to – pod koniec sceny – mija czarną ścianę i – odwrócona plecami do widza – kieruje się w stronę światła, znikając ze sceny. W kolejnym ujęciu dowiadujemy się od posłańca o jej śmierci.

 

Makbet przygotowuje się do walki. Prosi o założenie zbroi, która okazuje się być czarną kamizelką kuloodporną. Czerwony dywan, który zauważyć można w głębi sceny, przypomina rzekę krwi. „Póki las Birnam nie przyjdzie tu do nas, szydzę ze strachu”, zwierza się nam, kierując wzrok i słowa w stronę kamery. Stajemy się więc świadkami, niemalże wspólnikami zbrodni.

 

Tymczasem pośród osnutych mgłą drzew (podłogą w dalszym ciągu „teatralne” deski) podąża Malkolm z wojskami. Wcześniej pojawiające się kwiaty, morska woda, tu wreszcie naturalne, prawdziwe drzewa, towarzyszą członkom rodziny królewskiej, tym, dla których tron Szkocji jest wartością przynależną z urodzenia, a więc naturalną, nie zdobywaną siłą. Bohaterowie ci są również postaciami moralnymi, z wartościami. Nie cechuje ich zepsucie, które znamionuje Makbeta na przykład. Można powiedzieć, że czują oni i nie kierują się w pierwszym odruchu popędami. Nie sieją fali zniszczenia, są bardziej naturalni w swoim człowieczeństwie, żywi. Makbet, ogarnięty pasją mordu, sam zamknięty jest w martwej przestrzeni.

 

W kolejnej scenie tytułowy bohater przebywa w bardzo prosto zorganizowanej scenografii: horyzont przesłania koliście zakrzywiona, szara ściana, która zamyka przestrzeń, ogradza ją i dzieli obraz na pół. Górne partie przedstawiają niebo zasnute chmurami. Na środku sceny znajduje się taboret, na którym zasiada Makbet, spoglądający na lewo, z której to strony przybywa posłaniec informujący o śmierci królowej i zbliżającym się lesie Birnam. Poza tymi elementami… brak innych.

 

We wnętrzu zamku obserwujemy pokryte białym całunem ciało Lady Makbet. Przywodzi ono na myśl stylizację wiedź przy drugiej przepowiedni. Biel nie pasuje do tego świata śmierci, zepsucia, moralnej zgnilizny. Umarła królowa, czarownice (których statusu ontologicznego tak naprawdę do końca nie jesteśmy pewni) to jakby postaci z innego świata, w każdym razie nie przynależne do tego, po którego deskach stąpa Makbet (czyż sam Szekspir nie wspominał, że życie to teatr, a każdy z nas aktorem?). „Życie to tylko przechodzący cień”, mówi w zamyśleniu bohater. „Nieszczęsny aktor, który co dzień coś patetycznego rozgrywa na scenie.”, kieruje słowa w stronę kamery, do widzów. Ostatecznie rozbija rzeczywistość, jej złudzenie. Sam jest snującym się cieniem, nieszczęsnym aktorem. Nieogolony, z nie do końca umytymi włosami, blady, niepewny jutra, oszalały (nieco inaczej niż Lady Makbet, mimo to jednak również zdążając ku zgubie). Bohater nakrywa twarz małżonki całunem. Ciało jej, złożone na czarnych noszach, wygląda jak egipski sarkofag, niesione przez służących.

 

Przed naszymi oczyma pojawia się na chwilę kadr kulistego dziedzińca, który obserwowaliśmy przed momentem. Opuszczona przestrzeń, samotnie stojący na środku taboret, jakby sugerujący pusty tron bez władcy. Makbet zniknął, wyruszył na wojnę. Nie chce się dalej ukrywać, biernie oczekiwać wieści.

 

Wychodzi naprzeciw swym wrogom zza żołnierzy zasłaniających się półprzeźroczystymi, wyższymi od nich, prostokątnymi tarczami. Ubrani na czarno, twarze skrywają za czymś w rodzaju masek gazowych (w tej nowoczesnej stylizacji kojarzących się raczej z pociągłymi wersjami głów Lorda Vadera). Makbet wyłania się z ciemności. Pierwsze swe kwestie w tej scenie wyraża znajdując się jeszcze w półmroku, czarny; cień skrywa jego twarz, która w połączeniu z wizerunkami posłusznego wojska, dopełnia obrazu grozy. Zabija Siwarda, przybywa jednak Makduf. Bohater ma na sobie moro w kolorze khaki, które wcześniej nosił Malkolm, możemy rozumieć więc, że jest niejako dowódcą wojsk szkockich z namaszczenia prawowitego dziedzica tronu. Zostaje wyjaśniona do końca zawiłość przepowiedni i Makbet pada martwy, godzony przez Makdufa. Pod koniec tejże sceny opuszczone zostają na ziemię ciała zawinięte w worki, które pod koniec sceny pierwszej zostały uniesione. Spektakl ma więc kompozycję klamrową. Uświadamiamy sobie w tym momencie ciągłą obecność „nad głowami” owych zwłok. O wiele bardziej wyraźne było to w przypadku przedstawienia w teatrze. Tutaj uderza na koniec, jako puenta niejako. W tych dwóch momentach kamera poruszała się wertykalnie: niebo, którego różne odsłony mogliśmy oglądać w trakcie spektaklu, jest tak naprawdę czarne, ziejące pustką. Przestrzeń ta była w takim razie również zamknięta i ograniczona. Na samym końcu – jakby zaznaczając początek, środek i koniec dramatu właśnie – pojawiają się wiedźmy, wyswobodzone z worków, ubrane w czarne stroje (dwie w czarnych czepkach, stojąca na przedzie w gustownym kapeluszu). Wyglądają, jak przybyłe na pogrzeb ciotki, stojące wśród mogił nieznanych żołnierzy…

 

„To nie kraj, to mogiła”, wspomniał w jednej ze scen Makduf. Zaiste, trudno nie oprzeć się temu wrażeniu. Przestrzeń, w której obracał się Makbet, przepełniona była czernią, wydawała się ciemna, nieprzyjazna dla człowieka. Pozbawiona wystylizowanych, estetycznych sprzętów, dekoracji, przypominała raczej grobowiec. Bohater tak naprawdę sam doprowadził do własnego zgonu, zabił siebie jako człowieka nie tyle w momencie, w którym dał namówić się żonie na zbrodnię, ale również wcześniej – już wtedy, gdy zapałał żądzą władzy i potęgi. Wiedźmy mogły bowiem nie istnieć, być przywidzeniem, duchami. To w człowieku tkwi pierwiastek zła, który popycha go ku zbrodniom. Ci natomiast, którzy odrzucają moralność, człowieczeństwo, już za życia stają się umarłymi.


wykop.pl gwar.pl twitter.com blip.pl flaker.pl digg.com facebook.com
Skomentuj
komentarzy (0)
Kod obrazkowy:
Pseudonim (maksymalnie 50 znaków)
Można wpisać maksymalnie 2000 znaków. Pozostało 2000 znaków.
Najczęściej czytane
Liczby to domena działu Gry i Technika, a jednak teatr też się ma czym pochwalić w tej dziedzinie. Teatr Polonia poinformował bowiem, że już niebawem spektakl Darkroom wystawiany od 6 lat przekroczy pewną magiczną liczbę. >>

Z ogromnym żalem zawiadamiamy, że 24 maja zmarł Wiesław Nowicki, wieloletni aktor i sekretarz literacki Teatru Wybrzeże. >>

Zero futbolu w Capitolu! >>

Sztuka "Ten fantasyczny burdel" opowiada o zakłamaniu świata z jednej strony, a z drugiej o nadziei, że w człowieku jest także miłość, która zmienia świat na lepsze.  >>

IV edycja Międzynarodowych Warsztatów Teatru Sztuki Mimu w teatrze IMKA >>

AB OVO URODZINOWO! To nasze 2 urodziny. Zapraszamy ciepło 16 maja, o godzinie 20:20. Wejściówki po 15pln. Grupę TEATRALNĄ AB OVO tworzą: -Katarzyna Michalska - ZAŁOŻYCIELKA GRUPY -Agnieszka Bajer -Jasiek Aleksandrowicz-Krasko -Rober >>

Ostatnie komentarze
Najnowsze konkursy
Dom rozkoszy podoba Wam się to jedno z wielu określeń burdeli. Dzięki nowej książce wydawnictwa Bellona można poznać ich dokładną historię. My zaś mamy dla Was trzy książki o tej tematyce, które możecie wygrać w naszym konkursie.
więcej »

Zaproś do stacji znajomych
Newsletter
Copyright © 2009-2012 StacjaKultura.plReklama|Kontakt|Mapa serwisu|Polityka prywatności|Zasady korzystania z serwisu|Partnerzy|RSS