Kuba, rycerz z gwardii kasztelańskiej, wracał z codziennego spaceru po mieście. Lubił co rano przejść się dla zdrowia, zebrać myśli i siły. Górecki nigdy mu tego nie bronił- poza nim i zastępcą dowódcy, Maćkiem należał do najlepszych i najokrutniejszych gwardzistów. Jedynie w rękach młodych paniczów bywał miękki jak wosk, zwyczajnie czuł przed nimi jakiś niewypowiedziany lęk. Nagle, znalazłszy się w uliczce prowadzącej do ich kwater, zauważył znajomego człowieka, ale jego widok wcale go nie ucieszy ł- przybyły pochodził z dworu starosty będzińskiego, na dodatek był człowiekiem starościca, ich zaciekłego wroga.
- Ten łobuz tutaj?- pomyślał żołnierz - co oni kombinują, do pioruna?
Będzinianin rozglądając się naokoło wszedł do kamienicy przy rynku. Gwardzista cichaczem podszedł pod otwarte okno.
- Wiemy o planowanym zamachu i chcemy wam złożyć propozycję- usłyszał głos znajomego przybysza gwardzista.
- Słucham.
- Pomożemy wam, ale żądamy czegoś w zamian.
- A konkretnie?
- Wojewodzianki kaliskiej.
- Dlaczego właśnie ją mielibyśmy wam oddać?
- Mamy swoje powody.
- Czego chcecie od dziewczyny?
- Odrzuciła miłość panicza Marcina, która szuka teraz zemsty.
- Możecie być pewni, że cało z naszych rąk nie wyjdzie. Zamierzamy wyrównać rachunki.
- Starościc Marcin chce pokazać, że nie powinna była odrzucać jego uczucia. Zemści się na niej bez litości.
- Skoro tak, zgoda. Śmierć byłaby dla niej zbyt dobra.
- Właśnie. To kiedy będzie można ją przejąć?
- Dziś wieczorem. Chcemy zająć się też wojewodą i książętami płockimi, nikt nie zauważy zniknięcia dziewczyny.
- Wybornie. W takim razie do wieczora.
- Do widzenia.
Gwardzista momentalnie ruszył w dalszą drogę. Drań - pomyślał, skręcając ku kwaterom towarzyszy. Zrozumiał, że musi zawiadomić swoich, dwór w Jazdowie miał za niedługo się stać miejscem straszliwej jatki. Jeszcze zobaczymy- burknął pod nosem, przyśpieszając kroku.
Niczym błyskawica wpadł do ich domu. Przy stole w największej izbie siedzieli Andrzej, Grzesiek oraz Andrzej Górecki. Pili miód lipowy, z gąsiorka który został z wczorajszego dnia.
- Wasza miłość!- wołał od progu-wasza miłość!
Siedzący przy stole Górecki wstał.
- Kuba! Opamiętaj, się, człowieku!- mruknął flegmatycznie- o co chodzi?
- Nie uwierzysz, panie, kogo przed chwilą widziałem!
- Samego diabła?
- Coś w ten deseń. Jednego z ludzi starościca będzińskiego.
- Tutaj? - Andrzej i Grzegorz zerwali się z miejsc - co on tu robi?
- Szuka wojewodzianki, panie.
- Kuba, piłeś od rana?- spytał Grzegorz - skąd starościc i wojewodzianka?
- Słyszałem rozmowę drania z tymi zbirami, którzy chcą napaść na dwór. Twierdzi, że wojewodzianka odrzuciła zaloty starościca.
- Jesteś pewny?- zapytał Andrzej.
- Jak najbardziej, panie.
Chłopak zwrócił się do dowódcy gwardii.
- Czy Ilona już wstała?
- Tak, panie. Zaraz powinna przyjść.
Nie czekając na to Andrzej ruszył ku drzwiom oddanego dziewczynie pokoju. Zapukał dwukrotnie. Proszę - odezwał się z wnętrza głos. Ilona stała przy oknie, zwrócona ku niemu twarzą. Na dźwięk otwieranych drzwi odwróciła się. Stał w nich jej wybawca.
- Dzień dobry, panie Andrzeju- rzekła z uroczym uśmiechem.
- Dzień dobry. Mogę zająć chwilę przed śniadaniem?
- Ależ proszę.
Ilona usiadła na łóżku, krakowianin przysunął sobie bliżej krzesło i usiadł naprzeciw niej, patrząc nań z troską.
- Jak noga?- zapytał.
- Coraz lepiej, teraz już prawie w ogóle nie boli. Dziękuję.
- Cieszę się, pani.
- Martwię się o Martę. Została sama, a grozi jej niebezpieczeństwo.
- Większe niż myślisz, pani.
- Panie Andrzeju, o czym pan mówi?
- Pani Ilono, chodzi mi o starościca będzińskiego. Po części z tym wiąże się moja wizyta i to, że nie czekałem do posiłku. Proszę powiedzieć, czy kojarzy pani oświadczyny niejakiego Marcina, syna starosty będzińskiego?
Ilona wybuchnęła gniewem:
- Tego łajdaka! Oślizgły bydlak, któremu chodziło bardziej o dziewczynę do zaspokajania jego chorych żądz niż o miłość.
Krakowianin popatrzył z zaciekawieniem na mówiącą - przed chwilą spokojną i opanowaną, teraz rozjuszoną, z ogniem w źrenicach.
- Mam rozumieć, że odmówiła?- zapytał ostrożnie.
- Spytała mnie, co o tym sądzę. Poradziłam mu spuścić go po brzytwie i tak też zrobiła. Był wyjątkowo nachalny i opryskliwy, gdyby nie Marta własnoręcznie bym go ubiła.
- Nasz przyjaciel teraz się mści. Myśli, że odrzucając go, został upokorzony przez wojewodziankę.
- Powinnam była go rozszarpać, gdy była ku temu okazja.
- Szkoda brudzić takie piękne ręce zwykłym gadem- rzekł pan Andrzej widząc, że Ilona wzbiera gniewem- osobiście się nim zajmę zapewniam, pani.
- Panie Andrzeju, Marta….- zaczęła Ilona.
- Nic jej nie będzie, obiecuję.
Dziewczyna popatrzyła na niego z wdzięcznością i rzekła - dziękuję.
- Pani Ilono, proszę się nie obawiać. Wojewodziance włos z głowy nie spadnie- rzekł pan Andrzej, pożegnał dziewczynę i wyszedł. W drugiej izbie zastał niecierpliwiących się Grześka i Andrzeja Góreckiego.
- Słuchaj, Andrzej- zwrócił się do gwardzisty- najwyższy czas zrobić porządek z tymi draniami.
- Co wasza miłość planuje?
Andrzej wyjaśnił obecnym w izbie swój plan, po czym zdawszy dowództwo nad pozostałymi Góreckiemu, zabrał swój podróżny płaszcz, zasunął kaptur na głowę i wyszedł.
Tymczasem Górecki wezwał do siebie Wojtka i razem z Kubą i Grześkiem powtórzył wskazówki pana. Na koniec rzekł:
- W drodze do dworu Kuba z pięcioma ludźmi ma dołączyć do panicza Andrzeja. Będzinianie chcą wojny z nami, to postąpimy wedle ich życzenia.
- Szefie…- zaczął Wojtek.
- No co jest?
- Dlaczego mamy walczyć za ludzi z dworu?
Górecki zgrzytnął zębami.
- Nie za nich. Mamy dopilnować, by do czasu powrotu pana dostojnikom nie stała się żadna krzywda. Nie będziemy wybiegać przed orkiestrę, a ja nie mam najmniejszej ochoty stać się obiektem gniewu panicza z powodu złamania rozkazu.
- Rzucamy się w oczy. Rozpoznają nas.
- A od czego płaszcze? Pomyślą, że jesteśmy gośćmi księcia Bolesława, a w odpowiednim momencie wyprowadzimy ich z błędu.
Wojtek wciąż jeszcze wahał się, co widząc Kuba zakpił:
- Wymiękasz? Od kiedy to unikasz bitwy?
Górecki i Grzegorz roześmiali się na widok miny całkiem zbitego z tropu towarzysza.
- Zjeżdżaj- mruknął po dłuższej chwili gwardzista- nigdy nie cofam się, gdy robota czeka.
- Dobrze- rzekł na to Górecki, podnosząc się z ławy- w takim razie ruszaj do pozostałych i przygotujcie się na ciężką pracę wieczorem.
- Tak jest.
Żołnierz opuścił izbę i skierował się do cekhauzu, w którym zakwaterowali się ludzie kasztelańscy. Wiedział z doświadczenia, że jeśli któryś z młodych panów podejmie decyzję, nie ma możliwości odwołania się odeń.
W zamku tymczasem rozmawiający narzeczeni z Płocka dostrzegli zmierzającego szybko korytarzem ku nim starostę.
- Co się stało?- spytał książę Jan.
- Nic, o czym byśmy nie wiedzieli- odparł starosta- mości książę, mam ogromną prośbę.
- Słucham.
- Niech Rościsław ani na moment nie odstępuje księżniczki Agnieszki.
- Panie starosto…
- Panie, proszę o nic nie pytać. Wszystko wkrótce się wyjaśni.
Księżniczka, słuchająca w milczeniu rozmowy narzeczonego ze starostą spytała teraz, patrząc za odchodzącym żołnierzem:
- Co się tutaj dzieje?
- Nie wiem, kochanie. Starosta jest od kilku dni jakiś tajemniczy, nic nie mogę zeń wyciągnąć.
Dziewczyna pokiwała głową.
- Anusia również zachowuje się dziwnie, jakby czegoś się bała.
- Zaczynam obawiać się najgorszego. Agnieszko, zostań dzisiaj w komnacie, a wieczorem przyjdę po Ciebie i wezmę na naradę.
- Kochany, jest taka ładna pogoda. Żal..
- Wiem, ale twoje bezpieczeństwo to rzecz najważniejsza. Nie darowałbym sobie, gdyby coś Ci się stało.








więcej »



























