Francja jest magiczna, mówią. Spytajcie Magdalenę, czy jest tego samego zdania. Właśnie przyjechała do pozornie sielankowego domku w uroczych zakątkach Prowansji. Być może odpowie, że świat nie jest do końca tak prosty, jak się wydaje...
Mahoniowa komoda w salonie robiła ogromne wrażenie, dosłownie przenosiła w przeszłość. Jeszcze bardziej nie z tego świata wydawała mi się zastawa wyeksponowana z dumą za szklanymi drzwiczkami. Mama Donatiena z takim zachwytem opowiadała o rodowodzie tych cudeniek. Dla mnie filiżanki czy talerze to tylko kolejne efemerydy – znikają z moich szafek tak szybko, jak śnieg w przedwiośniu podczas odwilży. Dlatego też, znając swoje zdolności manualne do zamieniania drogocennych porcelanowych cudeniek w (nie)drogocenne, porcelanowe skorupki, wolałam trzymać się od tej mahoniowej miny przeciwpiechotnej (a jakże! przeciwmagdalenowej wręcz) w bezpiecznej dla nas obojga odległości. Już wyobrażałam sobie minę Donatiena i jego matki, na widok tego, jak niweczę jednym niefortunnym ruchem ręki czy nogi chęć kultywowania tradycji rodzinnej. Gdybyśmy żyli w czasach, w których czyjeś zwinne dłonie wypieściły uszka tych perłowo-białych filiżaneczek, z pewnością za tak haniebny czyn spłonęłabym na stosie. W najlepszym wypadku.
Pamiętam też rozczochrany, kawowy dywan usytuowany między ogromnymi sofami i kredensem. Ubóstwiałam go. Po tysiąckroć wolałam siedzieć po turecku na tym włochatym przyjacielu, czuć jak łaskocze delikatnie moje bose stopy i gładkie łydki, niż plaszczyć się z resztą domowników w fotelach czy innych, stworzonych właśnie w tym celu mebli. Nie przypuszczałam tylko, że mój ulubieniec wbije mi nóż w plecy. Ba! Stanie się wręcz przyczyną mojej klęski. A raczej – uściślając – sprawi, że dokonam okrutnego mordu...
Zostałam nakryta tuż po fakcie. Pierwszy znalazł mnie, ku mojemu niepocieszeniu, Donatien. Jego krzyk sprowadził na dół z prędkością błyskawicy jego matkę (kto by pomyślał, że zazwyczaj niespecjalnie ruchawa staruszka posiada tak nadprzyrodzone moce?). Nie miałam żadnych szans ucieczki, ani tym bardziej alibi. Trudno, stało się, teraz będę musiała do końca życia borykać się z wyrzutami sumienia, i z tym spojrzeniem ich obojga, godnym kogoś, kto zabił czyjegoś członka rodziny.
A dzień zaczął się tak niewinnie, niepozornie wręcz. Wstałam jak zwykle późnym rankiem (nie, to kłamstwo, ta pora zakrawa już na południe). Zaparzyłam w staromodnym czajniczku aromatyczną caffe noir, włożyłam pokrojoną bagietkę do opiekacza, i zapaliłam relaksującego skręta. Idealny początek dnia, nawet świat krzyczał do mnie radośnie przez okno, że dziś nic złego wydarzyć się nie może. Wierutne łgarstwo! Tylko uśpiło to moją czujność. Nieświadoma tego, co czyha na mnie w drugim pokoju, z kubkiem gorącej kawy , nucąc pod nosem ‘Quelqu’un ma dit’ popłynęłam z prądem tego błogiego stanu w stronę salonu. I w tym momencie rozstąpiła się ziemia pod moimi nogami, klęski spadły na mnie jedna za drugą, całe ich tabuny w ułamkach sekundy. Z parapetu malutkimi stróżkami skapywała wprost na oparcie sofy w kolorze ecru karmazynowa krew. Co tu się do cholery dzieje?! – pomyślałam – jednak już po chwili zauważyłam sprawcę tej makabry. W kącie pokoju Salvador, mój kruczoczarny kot, mlaszcząc ze smakiem, pożerał łapczywie Andromedę – papużkę falistą Pani Matki. Siląc się na złudną nadzieję, że uda mi się jeszcze zachować ostatnie tchnienie tej skrzeczącej katarynki, nie myśląc zbyt wiele (no tak, to oczywiste, że mój mózg w tym momencie był chyba wyłączony), skoczyłam w stronę drapieżcy. Ten, widząc mój desperacki ruch, nabił upolowaną zwierzynę na swoje śnieżnobiałe kły, i jednym zwinnym, kocim ruchem czmyhnął pomiędzy moimi nogami w stronę otwartego na oścież okna.
Później nastąpił szereg moich niekontrolowanych, niemal dziko-tanecznych ruchów, które miały mnie uchronić przed upadkiem. Miały. Boże, gdyby nie ten pieprzony dywan, może uszłabym z tego cało. Ale nie, on musiał tam sobie beztrosko leżeć i zahaczyć z premedytacją o moją stopę, gdy wykonywałam karkołomny piruet by nie rozdeptać kocura. Musiał wytrącić mi pełny kubek kawy z ręki, i rzucić go wprost na oszklony kredens. Jakby tego była mało, podły drań popchnął mnie potężnie w stronę trajektorii lotu kubka. Owszem, próbowałam walczyć, ale on był zbyt silny, byłam bez cienia szans. Po prostu przeznaczone mi było upaść z całym tym ambarasem na wyskakujące jak spadochroniarze z samolotu, posłusznie jedna za drugą, kruche filiżanki Pani Sophie, i dokończyć dzieła za Pana-Lotnika-Kubka.
To, co zastał Donatien piętnaście minut po moim przebudzeniu, przechodziło wszelkie ludzkie pojęcie. Obraz nędzy i rozpaczy, a ja na tym obrazie na pierwszym planie, niczym sumeryjska bogini chaosu Tiamat wciąż nie dowierzając w to, czego przed chwilą byłam świadkiem oraz wmanewrowanym sprawcą. Wszędzie krwawe odciski kocich łapek, krew na parapecie zmieszana z ptasimi piórami, brązowe plamy kawy na ścianie – to wszystko to tylko mało znaczące tło. Centrum wszechświata w tym momencie znajdowało się teraz u stóp komody. Albo raczej czarna dziura, bo zdało mi się, jakby to miejsce wyssało całą dobrą energię nie tylko z tego pokoju, ale i z reszty świata (pogoda, kpiąc sobie ze mnie przywdziała niebo w czarne chmury). Zabiłam w pięć sekund pięć stuleci. Stłukłam wszystko, co do najmniejszego talerzyka. Porcelana usiała jeszcze przed chwilą złowieszczy, a teraz leżacy sobie w tym samym co zawsze miejscu jakby nigdy nic dywan jasnymi, połyskującymi skorupkami.
Milczałam, za to potok francuszczyzny, jaki wypłynął z ust Donatiena zrekompensował moją chwilową małomówność. Pomógł mi wstać, sprawdził, czy na uwieńczenie tego burdelu nie zrobiłam sobie krzywdy, a później zajął się rozhisteryzowaną matką. Do mnie nie odezwał się nawet słowem, nie pytał o wyjaśnienia... może dlatego, że zna mnie już z tej strony, i wie, do czego jestem zdolna. Właściwie chyba nawet lepiej, bo cóż mogłabym rzec? Przecież i tak nikt nie uwierzyłby w historyjkę o dywanie z siłą herosa, o kubku, któremu nagle zamarzyło się być samolotem, i o filiżankach, które dość już miały zbierania drobinek kurzu, i chciały wyruszyć w świat... A może, to wszystko zdarzyło się tylko w mojej głowie?








więcej »


























