W trakcie tworzenia niniejszej pracy posiłkowałam się tekstem Ryszarda Nycza "Tropy "Ja". Koncepcje podmiotowości w literaturze polskiej ostatniego stulecia", w artykule tym znajdując przydatne do interpretacji figury, z których najciekawszą i dającą, według mnie, najlepsze wyniki analityczne wydaje się być ironia. Jak powiada Nycz: "Ironiczny rozziew między tym, co mówi się wprost, a tym co faktycznie daje się do zrozumienia, sygnalizuje w tym nurcie pisarstwa, że owa niezbieżność, czy niewspółmierność słowa i myśli, zjawiska i istoty, tragiczna nieadekwatność wyrazu - ma charakter trwały, jest znamieniem ograniczonych możliwości ludzkiego poznania w ogóle."[1]
Zaiste, pierwsza lektura tekstu opowiadania "Absolutysta" Pawła Przywary wywołuje u czytelnika przeświadczenie o niemożności czy też trudności w dostępie do wiedzy o świecie, poddaje w wątpliwość proces poznania: finałowe zdemaskowanie głównego bohatera jest tego uwydatnieniem. Zaskakujące zakończenie i stwierdzenie samego bohatera "Śniłem na jawie."[2] w połączeniu z kreacją świata przez samego twórcę dają temu wyraz. Proces swoistego stwarzania ukochanej z sieci swobodnych skojarzeń, imaginacji, ilustruje wspomnianą niewspółmierność zjawiska i istoty, obnaża rozdźwięk pomiędzy tym, co rzeczywiste a tym, co wyśnione właśnie. Przy czym projekcje wyobraźni - jakkolwiek nie byłyby fantastyczne i samoistnie demaskujące własną fałszywość - jawią się bohaterowi niczym jedyna i właściwa prawda, której nie sposób zaprzeczyć czy zakwestionować. (Aż chce się westchnąć: "O ironio.") "Istniała, znajdowała się jakby na wyciągnięcie ręki i każdy przebłysk jej istnienia rozświetlał świadomość."[3], przy czym istniała jedynie jako swoiste ciało astralne pochłaniające uwagę bohatera. Bez ciała, bez materii, sklejona z okruchów wygłodniałej fantazji, która karmiła się wspomnieniami i własną energią, płodząc wizje w szale twórczym. W miejsce oglądu całościowego bohater skupia się na poszczególnych fragmentach ciała obezwładniającej go kobiety, jakby te - każde z osobna - stanowiły dla niego swoisty fetysz, pozwalały brać ją w posiadanie, mieć na własność, dawać poczucie jej do niego przynależności. Pokawałkowanie to, atomizacja, której dokonuje bohater, jest odbiciem tego, co Nycz nazywa "tymczasową, fragmentaryczną i intersubiektywną" naturą[4] indywidualnego podmiotu w akcie komunikacji ironicznej. Ten model podmiotowości zakłada "nieuchronny (i nie do usunięcia) rozziew między pozornym, nieautentycznym podmiotem wypowiedzi a postulowanym, utopijnym - ukrytym najczęściej w negacji i przez to nie podlegającym jej całkowicie".[5] Postać Karin istniała tak naprawdę w dwóch wymiarach: ona zapamiętana i ona wymyślona. Była taka, jaką on chciał ją widzieć. Jej wytworzony obraz szybko zaczął żyć własnym życiem, stanowić niemalże oddzielny byt oderwany od podmiotu właściwego: kobiety z krwi i kości.
Bohater, zapewne podskórnie zauważając (czy może bardziej odczuwając) pewien dysonans, zaczął się usprawiedliwiać: "Ale przecież tyle razy ją widywał! Czy to, co napełniało jego świadomość, to nie była ona? Czy myśląc o jej sylwetce, o jej biodrach, ramionach, nogach, blond włosach, tęczówkach - nie myślał o niej?"[6], po czym następuje dookreślające (i obdzierające ze złudzeń): "Przecież myślał i śnił wyłącznie o niej"[7]. Istnienie bohatera, zda się, zawarło się w istocie Karin, szczególnie w jego jej wyobrażeniach, wtopiło się w nie, stało się - jak i ona - sztuczną budowlą z materii słowa.








więcej »


























