Autor: Monika Magdalena
12-08-2010
Lód i woda, woda i lód: fragment książki, która łamie tabu
To nie jest kolejna książka o kochającej się rodzince. To powieść o samotności wśród bliskich i ciężkim dziedzictwie, jakie po nich przejmujemy. Poniżej znajduje się fragment o jednej z postaci, która obrała dość nietypową drogę życiową, jak na kobietę...
Nie. Nie jest w stanie w to uwierzyć. Dlaczego któryś z tych mężczyzn, którzy codziennie siadają przy stole konferencyjnym kapitana, miałby wchodzić do jej kajuty i zostawiać po sobie ślady? Żadnego z nich nie zna, nie wie o nich nic, podobnie jak oni nie znają jej i nie wiedzą o niej niczego ponad to, co pisano w gazetach, jeśli w ogóle coś wiedzą. A kobiety wokół stołu? Czy można sobie w ogóle wyobrazić, że skora do śmiechu profesorka Ulrika mogłaby wpaść na pomysł grzebania w cudzej bieliźnie? Albo że spokojna i genialna Katrin, która zna pięć języków i ma doktorat z fizyki i chemii, mogłaby skrywać ponurą nienawiść za fasadą łagodności? Nie wspominając już o Jenny, reprezentantce młodych doktorantów, tej która z powagą notuje każde słowo i chichocze jak uczennica z najbardziej błahych dowcipów?
Nie. To niemożliwe. Żadne z nich. Jednak ktoś zdecydowanie był dziś wieczorem w jej kajucie. Okno jest zamknięte. Drzwi do toalety otwarte na oścież. Kiedy stąd wychodziła do baru, było na odwrót. Pomimo niepokoju kiełkuje w niej też cicha satysfakcja. Otwarte drzwi wskazują, że był w toalecie. Czyli dostał od niej wiadomość. Nareszcie. Ostrożnie zerka przez próg. Podniesiona klapa sedesowa. Kółko też. Czyli mężczyzna. Zasłona prysznicowa jest zasunięta, białe tło z bladożółtymi kwiatkami połyskuje w nocnym zmierzchu, kołysanie morza sprawia, że faluje jak pole rzepaku w letnim wietrze. Tylko że ten ruch mógłby także zdradzać czyjąś obecność. Ktoś może stać za zasłoną i czekać na nią, gotów do...
Bzdury. Kimkolwiek był, to tchórz i słabeusz, i ona nie zamierza dać się wystraszyć jego idiotycznym akcjom. Dlatego zanim jeszcze dokończy tę myśl, wchodzi do łazienki i odsuwa zasłonę na bok, żeby stwierdzić, że pod prysznicem nikogo nie ma. Zaskakuje ją ulga, czuje miękkość w kolanach, aż musi oprzeć się o ścianę i odetchnąć. Mija kilka sekund, zanim zauważy, że tapeta obok jej ramienia jest teraz w paski, żółtobrązowe pasy na beżowym tle, lepkie paski, których wcześniej tu nie było. To świnia! Bez chwili namysłu zdejmuje bluzkę i wyrzuca ją za drzwi. Nocą wrzuci ją do morza, pranie nic tu nie pomoże, nigdy więcej nie będzie nosić czegoś, co choćby musnęło tego plugawego gnoja lub jego...
Obejmuje się ramionami i odwraca w stronę lustra. Tak. Otrzymał jej wiadomość, to oczywiste. Zanim wyszła z kajuty, zajrzała do łazienki i szminką na lustrze napisała to samo, co pisała za każdym razem, kiedy wychodziła w ciągu ostatnich dni: BÓG CIĘ WIDZI, GNOJU! Wiadomość nie została dobrze przyjęta. Rozmazał szminkę po całym lustrze, a napis wytarł ręcznikiem, który zapaćkany rzucił na ziemię. Potem tą samą szminką napisał dużo większymi literami własną wiadomość: PIZDA!
Kilka razy przełyka ślinę, żeby się uspokoić. Błyskotliwa riposta. Nader utalentowany. Poza tym cholernik złamał jej szminkę - teraz dopiero to widzi - jedyną szminkę, jaką zabrała ze sobą na ekspedycję, pojedynczy egzemplarz Long Lastin Juicy Rouge Lancôme w odcieniu numer 132. Zabije go. Jak tylko go dorwie, najpierw oberwie mu uszy, a potem go zabije.
Oczywiście pod warunkiem że on nie zabije jej pierwszy. Twarz, która miga jej w lustrze, jest tak blada, jakby należała do jednego z jej zamordowanych bohaterów - oby to nie był zły omen.
(...) Aha. No tak. Czyli zaraz będzie trzeba przebijać się przez prawdziwy lód. Sam do siebie kiwa głową i znowu opada na fotel, opiera głowę na podgłówku i wbija wzrok w horyzont. Siedzi tak przez dłuższą chwilę bez ruchu, jeśli nie liczyć powolnego mrugania powiek, nareszcie niemy, nawet wewnątrz.
Dopiero jakieś poruszenie, widoczne kątem oka, sprawia, że i on sam się porusza, prostuje plecy tak gwałtownie, że zimna kawa niemal wylewa się z kubka. Patrzy w dół na pokład, mrużąc oczy, żeby widzieć lepiej. Kto to jest? Co robi na pokładzie o wpół do drugiej w nocy? Leif odstawia kubek i pochyla się do przodu, tak że ledwie kilka centymetrów dzieli go od szyby. Przeciera palcami kąciki oczu, żeby widzieć jeszcze wyraźniej. Czy to jakaś dziewczyna z grupy naukowców? Nie. Pierwsze próbki pobierane są dopiero koło czwartej nad ranem, wcześniej śpią tak głęboko, jak tylko się da. Poza tym żadna z tych chemiczek, oceanografek, czy jak je tam, cholera, zwą, nie ganiałaby po pokładzie w samej koszuli nocnej... Bo ta lata, wyraźnie to widać. Kobieta, która chodzi po przednim pokładzie, jest wprawdzie ubrana w niebieską wiatrówkę uczestnika ekspedycji polarnej, ale nie ma żadnej wątpliwości, że narzuciła ją na białą koszulę nocną, wciskając bose stopy w brązowe botki. Wygląda jak zabłąkana święta Łucja, która idzie z wyciągniętą do przodu prawą ręką i czymś białym, nie, czymś czarnym, nie, raczej czarno-białym, dyndającym w palcach. Podchodzi do dziobu, wspina się na małą drabinkę przy relingu, przechyla nad krawędzią i bez chwili zastanowienia wrzuca czarno-białe coś do morza. Potem odwraca się i jak dziecko zeskakuje na pokład, wciska ręce do kieszeni i idzie z powrotem. Dopiero kiedy wiatr podrywa jej kędzierzawe włosy, Leif Eriksson ją rozpoznaje. To ta blada istota, przezroczysta jak surowa krewetka i podobnie bezbarwna. Wycofana. Zdecydowanie nie jedna z tych, o którą zakładały się chłopaki z załogi. Wygląda na to, że wyczuwa, iż ktoś się jej przygląda, bo nagle przystaje i patrzy w górę ku mostkowi kapitańskiemu, a potem niepewnie podnosi rękę w geście pozdrowienia. Nie może go widzieć, Leif wie o tym, nikt, kto stoi na przednim pokładzie, nie może zobaczyć mostka kapitańskiego, nawet w dziennym świetle, ale mimo to z podobnym ociąganiem odmachuje jej w odpowiedzi. Za chwilę już jej nie widać.
Leif Eriksson ze skrzywioną miną ponownie opada na swój fotel. O co w tym, na Boga Ojca, chodziło? Zerka na zegarek, jest 1.34. Musi zanotować w dzienniku kapitańskim, co zrobiła, i czas jest tu istotny. Niech się tym rano zajmie kapitan i ją zbeszta. Wszyscy przecież wiedzą, że na tych wodach niczego nie wolno wrzucać do morza. Lodołamacz to zamknięty system, organizm, który wprawdzie wsysa morską wodę do swojego laboratorium, ale nie pozostawia po sobie żadnych ludzkich odpadów. Jakżeż mogłoby być inaczej? Jaki sens miałby statek naukowy, który sam zanieczyszcza badaną przez siebie wodę?
- Przeklęta baba!
Zaskakuje go własny głos. Drży, co wywołuje wstyd, a fakt, że się wstydzi, sprawia, że jeszcze bardziej się wścieka.
- Cholerna, przeklęta baba!
Bierze swój kubek i idzie z nim do mesy. Wylewa zimną kawę, nalewa świeżej i pospiesznie wraca do pulpitu sterowego, a potem siada i próbuje się odprężyć. Nie daje rady. Nagle woda na zewnątrz jest już tylko wodą, wybrzeże zwykłym wybrzeżem, a niebo tylko niebem.
Leif Eriksson wypija łyk kawy. No tak. Zepsuła mu nocną zmianę. Wielkie dzięki. Cholerne podziękowania.
Nie. To niemożliwe. Żadne z nich. Jednak ktoś zdecydowanie był dziś wieczorem w jej kajucie. Okno jest zamknięte. Drzwi do toalety otwarte na oścież. Kiedy stąd wychodziła do baru, było na odwrót. Pomimo niepokoju kiełkuje w niej też cicha satysfakcja. Otwarte drzwi wskazują, że był w toalecie. Czyli dostał od niej wiadomość. Nareszcie. Ostrożnie zerka przez próg. Podniesiona klapa sedesowa. Kółko też. Czyli mężczyzna. Zasłona prysznicowa jest zasunięta, białe tło z bladożółtymi kwiatkami połyskuje w nocnym zmierzchu, kołysanie morza sprawia, że faluje jak pole rzepaku w letnim wietrze. Tylko że ten ruch mógłby także zdradzać czyjąś obecność. Ktoś może stać za zasłoną i czekać na nią, gotów do...
Bzdury. Kimkolwiek był, to tchórz i słabeusz, i ona nie zamierza dać się wystraszyć jego idiotycznym akcjom. Dlatego zanim jeszcze dokończy tę myśl, wchodzi do łazienki i odsuwa zasłonę na bok, żeby stwierdzić, że pod prysznicem nikogo nie ma. Zaskakuje ją ulga, czuje miękkość w kolanach, aż musi oprzeć się o ścianę i odetchnąć. Mija kilka sekund, zanim zauważy, że tapeta obok jej ramienia jest teraz w paski, żółtobrązowe pasy na beżowym tle, lepkie paski, których wcześniej tu nie było. To świnia! Bez chwili namysłu zdejmuje bluzkę i wyrzuca ją za drzwi. Nocą wrzuci ją do morza, pranie nic tu nie pomoże, nigdy więcej nie będzie nosić czegoś, co choćby musnęło tego plugawego gnoja lub jego...
Obejmuje się ramionami i odwraca w stronę lustra. Tak. Otrzymał jej wiadomość, to oczywiste. Zanim wyszła z kajuty, zajrzała do łazienki i szminką na lustrze napisała to samo, co pisała za każdym razem, kiedy wychodziła w ciągu ostatnich dni: BÓG CIĘ WIDZI, GNOJU! Wiadomość nie została dobrze przyjęta. Rozmazał szminkę po całym lustrze, a napis wytarł ręcznikiem, który zapaćkany rzucił na ziemię. Potem tą samą szminką napisał dużo większymi literami własną wiadomość: PIZDA!
Kilka razy przełyka ślinę, żeby się uspokoić. Błyskotliwa riposta. Nader utalentowany. Poza tym cholernik złamał jej szminkę - teraz dopiero to widzi - jedyną szminkę, jaką zabrała ze sobą na ekspedycję, pojedynczy egzemplarz Long Lastin Juicy Rouge Lancôme w odcieniu numer 132. Zabije go. Jak tylko go dorwie, najpierw oberwie mu uszy, a potem go zabije.
Oczywiście pod warunkiem że on nie zabije jej pierwszy. Twarz, która miga jej w lustrze, jest tak blada, jakby należała do jednego z jej zamordowanych bohaterów - oby to nie był zły omen.
(...) Aha. No tak. Czyli zaraz będzie trzeba przebijać się przez prawdziwy lód. Sam do siebie kiwa głową i znowu opada na fotel, opiera głowę na podgłówku i wbija wzrok w horyzont. Siedzi tak przez dłuższą chwilę bez ruchu, jeśli nie liczyć powolnego mrugania powiek, nareszcie niemy, nawet wewnątrz.
Dopiero jakieś poruszenie, widoczne kątem oka, sprawia, że i on sam się porusza, prostuje plecy tak gwałtownie, że zimna kawa niemal wylewa się z kubka. Patrzy w dół na pokład, mrużąc oczy, żeby widzieć lepiej. Kto to jest? Co robi na pokładzie o wpół do drugiej w nocy? Leif odstawia kubek i pochyla się do przodu, tak że ledwie kilka centymetrów dzieli go od szyby. Przeciera palcami kąciki oczu, żeby widzieć jeszcze wyraźniej. Czy to jakaś dziewczyna z grupy naukowców? Nie. Pierwsze próbki pobierane są dopiero koło czwartej nad ranem, wcześniej śpią tak głęboko, jak tylko się da. Poza tym żadna z tych chemiczek, oceanografek, czy jak je tam, cholera, zwą, nie ganiałaby po pokładzie w samej koszuli nocnej... Bo ta lata, wyraźnie to widać. Kobieta, która chodzi po przednim pokładzie, jest wprawdzie ubrana w niebieską wiatrówkę uczestnika ekspedycji polarnej, ale nie ma żadnej wątpliwości, że narzuciła ją na białą koszulę nocną, wciskając bose stopy w brązowe botki. Wygląda jak zabłąkana święta Łucja, która idzie z wyciągniętą do przodu prawą ręką i czymś białym, nie, czymś czarnym, nie, raczej czarno-białym, dyndającym w palcach. Podchodzi do dziobu, wspina się na małą drabinkę przy relingu, przechyla nad krawędzią i bez chwili zastanowienia wrzuca czarno-białe coś do morza. Potem odwraca się i jak dziecko zeskakuje na pokład, wciska ręce do kieszeni i idzie z powrotem. Dopiero kiedy wiatr podrywa jej kędzierzawe włosy, Leif Eriksson ją rozpoznaje. To ta blada istota, przezroczysta jak surowa krewetka i podobnie bezbarwna. Wycofana. Zdecydowanie nie jedna z tych, o którą zakładały się chłopaki z załogi. Wygląda na to, że wyczuwa, iż ktoś się jej przygląda, bo nagle przystaje i patrzy w górę ku mostkowi kapitańskiemu, a potem niepewnie podnosi rękę w geście pozdrowienia. Nie może go widzieć, Leif wie o tym, nikt, kto stoi na przednim pokładzie, nie może zobaczyć mostka kapitańskiego, nawet w dziennym świetle, ale mimo to z podobnym ociąganiem odmachuje jej w odpowiedzi. Za chwilę już jej nie widać.
Leif Eriksson ze skrzywioną miną ponownie opada na swój fotel. O co w tym, na Boga Ojca, chodziło? Zerka na zegarek, jest 1.34. Musi zanotować w dzienniku kapitańskim, co zrobiła, i czas jest tu istotny. Niech się tym rano zajmie kapitan i ją zbeszta. Wszyscy przecież wiedzą, że na tych wodach niczego nie wolno wrzucać do morza. Lodołamacz to zamknięty system, organizm, który wprawdzie wsysa morską wodę do swojego laboratorium, ale nie pozostawia po sobie żadnych ludzkich odpadów. Jakżeż mogłoby być inaczej? Jaki sens miałby statek naukowy, który sam zanieczyszcza badaną przez siebie wodę?
- Przeklęta baba!
Zaskakuje go własny głos. Drży, co wywołuje wstyd, a fakt, że się wstydzi, sprawia, że jeszcze bardziej się wścieka.
- Cholerna, przeklęta baba!
Bierze swój kubek i idzie z nim do mesy. Wylewa zimną kawę, nalewa świeżej i pospiesznie wraca do pulpitu sterowego, a potem siada i próbuje się odprężyć. Nie daje rady. Nagle woda na zewnątrz jest już tylko wodą, wybrzeże zwykłym wybrzeżem, a niebo tylko niebem.
Leif Eriksson wypija łyk kawy. No tak. Zepsuła mu nocną zmianę. Wielkie dzięki. Cholerne podziękowania.
Podobne materiały
Skomentuj
komentarzy (0)
Kod obrazkowy:
Pseudonim (maksymalnie 50 znaków)
Można wpisać maksymalnie 2000 znaków. Pozostało 2000 znaków.
Najnowsze zdjęcia
Najczęściej czytane

Powracamy do naszej standardowej formuły, czyli raz w miesiącu aktualizacja SK PLUS. Dzięki temu możemy dla Was uzbierać więcej ciekawych pozycji. Zobaczcie, co przygotowaliśmy dla Was w tym miesiącu. >>

Wielkimi krokami zbliża się ostatni weekend maja i właśnie w te dni w Warszawie na Rynku Mariensztackim odbędzie się trzecia edycja Warszawskiego Kiermaszu Książek. >>

Ostatnio jakoś tak często piszemy o miłości w szerokim tego słowa znaczeniu. Nie mogliśmy więc przejść obojętnie obok dzieła „Królewska nierządnica”. >>

Meksykański twórca zmarł w wieku 83 lat. Był nazywany „trzecim tenorem” wśród największych pisarzy Ameryki Łacińskiej, który zdobył sławę zarówno dzięki powieściom, jak i esejom poświęconym polityce i kulturze. >>

Znajdą się wśród nas wielbiciele książek, którzy wielbią je totalnie, a zapach tuszu, papieru i kleju stanowi symfonię doznań. Ten aromat został zamknięty w ...perfumach. Drodzy Czytelnicy, oto perfumy o zapachu książki. >>

Globalizacja? Homogenizacja kultury? Kreolizacja? To nazwy współczesnych zjawisk, które dotyczą każdego z nas – czy są jeszcze osoby, które nie korzystają z Internetu? Przedstawiamy naukowy rzut okiem na to, jak poszukujemy nowych form komunikacji, porzuc >>

"Pomnik Cesarzowej Achai", to lektura, która diablo wciąga. Czytelnik nie jest się w stanie nudzić. Nawet spowolnienia akcji mają tyle smaczków, że z pewnym pośpiechem przewracamy kolejne strony. Mamy tutaj wszystko, za co pokochaliśmy "Achaję". >>

W dzisiejszym artykule rozgryzamy fenomen tabloidów. Przez część osób tak chętnie czytanych, przez część traktowanych z szyderstwem. Tabloidy budzą emocje i bywa, że czytamy je innym przez ramię. Dlaczego tak się dzieje? Poniżej próbujemy dać odpowiedź. >>
Ostatnie komentarze
Najnowsze konkursy

Dom rozkoszy podoba Wam się to jedno z wielu określeń burdeli. Dzięki nowej książce wydawnictwa Bellona można poznać ich dokładną historię. My zaś mamy dla Was trzy książki o tej tematyce, które możecie wygrać w naszym konkursie.
więcej »
więcej »
Zaproś do stacji znajomych
Newsletter



























