Kasztelan wraz z towarzyszącymi mu gwardzistami wjechał na gościniec prowadzący do ich dworu. Powierzoną im misję udało się wypełnić w całości, chociaż na skutek wypadków w czasie drogi musieli zmienić plany. To młody pan krakowski wymyślił, jak bezpiecznie ukryć przed długimi rękami żołdaków króla Czech i niemieckiego zaprzedańca Wacława II powierzoną im dostojną panią.
Droga powrotna była uciążliwa, a to z powodu wielkiej liczby oddziałów czeskich polujących na Śląsku na zwolenników wygnanego polskiego księcia. Dopiero po wjeździe w granice dzielnicy senioralnej zrobiło się trochę luźniej, a podróżni co jakiś czas natykali się na pomordowanych w straszny sposób Czechów. Żaden z przemierzających południowe krańce mężczyzn nie miał wątpliwości, że zginęli z ręki gwardzistów krakowskich, o czym świadczyły rany martwych rycerzy.
Gdy w oddali ukazał się dwór kasztelański, jadący na przedzie pan Andrzej uniósł rękę, zatrzymując pochód. Wyjeżdżali właśnie z lasu i chłopak dostrzegł coś, co się mu nie spodobało.
- Kuba!- rzucił półgłosem przez ramię.
- Wasza miłość!
- Skręcamy do lasu.
Gwardzista wydał odpowiednie rozkazy, a młodzieniec dodał:
- Ty zostajesz ze mną.
- Tak jest.
Rycerz dostrzegł zatroskaną minę panicza i spytał:
- Panie, dlaczego nie jedziemy dalej? Zaraz bylibyśmy na miejscu.
- I wpadlibyśmy prosto na oczekujących naszego przebycia z otwartymi ramionami Czechów.
- We dworze? U nas?
- Tak. Andrzej musiał wycofać resztę chłopaków, skoro się odważyli.
- Teraz rozumiem, skąd się tego łajdactwa tyle pętało po drodze.
Kasztelan skinął głową, po czym zamyślił się głęboko. Jeśli się wycofali, to część musiała zostać, bo Małopolska nie wyglądała na zalaną przez najeźdźców. Ale skoro tak, należało odnaleźć tych, co zostali. Jednak najpierw…
- To co teraz zrobimy?
- Na razie zostaniecie tutaj, w ukryciu. Chcę się przekonać, jak bardzo się rozpanoszyli.
- Wasza miłość…
- Nie zamierzam bez potrzeby się narażać, Kuba. A szykuje się coś naprawdę wielkiego, i chcę się przekonać, co.
- Panie, niech choć jeden z naszych chłopców z Tobą pójdzie.
- Im mniej będę się rzucał w oczy, tym lepiej, a w pojedynkę będzie mi łatwiej. Posłuchaj. Przygotuj ludzi do wymarszu, a jeżeli nie wrócę do zmierzchu, odjedźcie stąd i znajdźcie oddelegowanych do działań w kraju naszych gwardzistów.
Kuba chciał protestować, ale widząc stanowczość w oczach i postawie pana nie odezwał się, tylko skłonił się, życząc paniczowi powodzenia i odszedł ku swoim.
Tymczasem pan Andrzej po krótkiej jeszcze obserwacji „goszczących” w ich dworze Czechów wskoczył na konia nieśpiesznie udał się w stronę miasta. Razem z nim zdążało do zajętej przez Czechów stolicy wiele osób, toteż nikt nie zwrócił uwagi na młodzieńca, najzacieklejszego wroga króla Czech. Pan Andrzej udało się złowić strzęp rozmowy:
- Więc to dzisiaj?
- Tak. Aż dziw bierze, że trwało to aż tak długo. Nareszcie będziemy mieli króla, co zjednoczy kraj. Skończą się nasze cierpienia.
- Nie wszyscy będą zadowoleni z takiego obrotu sprawy.
- Teraz już za późno. Czas na rządy Przemyślidów.
„Czech na tronie polskim? On się nie przyjmie, po moim trupie”- pomyślał kasztelan.
Po wjeździe za bramę miasta przywiązał konia do płotu i skierował swe kroki w głąb ulicy Franciszkańskiej. Gdy został sam, oparł się plecami o ścianę jednego z domów. Wiadomość o koronacji spadła nań jak grom z jasnego nieba- była ciosem dla garstki rycerzy, wiernie jak dotąd stojących po stronie prawowitego następcy króla Przemysła II, pana ziem wielkopolskich.
W mieście panowała radosna atmosfera święta, a to za sprawą rajców miejskich stołecznego miasta, w znacznej liczbie narodowości niemieckiej. Możliwość zasiadania w ławach ratusza ułatwił im poprzedni władca Małopolski, Leszek Czarny, a to głównie w ramach podziękowania za ocalenie Wawelu i żony księcia przed walczącymi z nim o władzę krajowymi rywalami. Oni zaś teraz, zapominając, lub nie chcąc pamiętać o polskiej dobroci poparli zniemczonego Przemyślidę. Wielce ułatwiało im zadanie zachowanie krakowian i arystokracji polskiej, chętnie widzących obcego monarchę na polskim tronie.
Młody kasztelan udał się w stronę rynku, gdzie zbierali się gapie, mający obserwować koronację Wacława II. Przed katedrą było już wielu ludzi, a na stopniach prowadzących do kościoła stało kilku magnatów, zaprzedanych Czechom. Wśród nich kasztelan z prawdziwą furią rozpoznał syna starosty będzińskiego, Marcina, dumnie wypinającego pierś i zwycięsko toczącego wzrokiem wokoło.
Wściekły pan krakowski zasunął kaptur na głowę, by nie zostać rozpoznanym i ruszył z powrotem, klnąc w duchu na czym świat stoi.
- Zawiniliśmy wobec miłościwego pana, i to bardzo, skoro takie wszy sprawują rządy w kraju- pomyślał rycerz, wsiadając na konia i kierując się ku dworowi swojego ojca. Po drodze obiecał sobie zetrzeć ten triumfalny uśmieszek z ust zdrajcy i własnoręcznie go ubić, niezależnie w jaki sposób.
Jeszcze przed zmierzchem mały oddziałek krakowskich gwardzistów wyruszył w dalszą drogę. Kuba bez kłopotu dostrzegł wzburzenie na twarzy panicza, ale bał się o cokolwiek pytać- kasztelan nie wyglądał na kogoś, kto jest w tej chwili w stanie z kimkolwiek rozmawiać spokojnie. Zrozumiał bez problemu, że w mieście musiało się wydarzyć coś naprawdę katastrofalnego, co niewątpliwie spowodowało obecny stan ich panicza. Nigdy bowiem ani on, ani pozostali gwardziści nie widzieli go w takim stanie.
Podczas gdy w Polsce miało nadejść szczytowy okres panowania najeźdźców, na zamku w Esztergomie magnaci węgierscy skupieni wokół Benesa i popierający starania o tron króla Węgier Karola Roberta Andegaweńskiego, zdecydowali o przygotowaniach do wojny. Dworskie oddziały obecnych na tajnej naradzie miały rozpocząć mobilizację, by w chwili przybycia na zamek księcia Władysława Łokietka wyruszyć razem z nim do kraju. Milos Benes zapewnił ponadto obecnych na spotkaniu polskich przyjaciół, że wyśle na pomoc zwolennikom Piasta pewną liczbę własnych rycerzy pod dowództwem kapitana ich zamku, Gabora Fernego, wcześniej pełniącego funkcję dowódcy straży przybocznej zmarłego niedawno króla z dynastii Arpadów.
W siedzibie książąt mazowieckich tymczasem w Płocku, wolnym jak dotąd od panowania Czechów, trwały przygotowania do ślubu dziedzica Mazowsza z jego narzeczoną, księżniczką Agnieszką.
Leciwy książę Bolesław nie opuszczał już swej komnaty chory, ale wiedział także, iż ciągłość rodu piastowskiego zostanie zachowana.
Książe Jan co dzień czuwał przy łożu ojca, prowadząc z nim często długie rozmowy. Również tego rana, gdy następca tronu książęcego przyszedł do komnaty starego władcy, ten rzekł mu:
- Synu, cała nadzieja teraz w Tobie. Za niedługo ma przybyć do nas grupa rycerzy z Kalisza idąca na pomoc gwardii krakowskiej i mająca ją wesprzeć. Wyznaczysz pięćdziesięciu najlepszych ludzi pod dowództwem starosty Przemka i wyślesz ich panom krakowskim.
- Przepraszam, ojcze, ale co nam do tego? Czesi nam nie zagrażają. To nie nasza bitwa.
Zamiast odpowiedzi książę Bolesław podał mu list od wojewody kaliskiego z zapytaniem, czy i on nie wsparłby partyzantów małopolskich, wiernych wygnanemu panu.
- Czytaj.
Książę Jan wziął pismo i czytał.








więcej »


























