Rok 1300 rozpoczął się w miarę spokojnie w okupowanym przez Czechów kraju. Większość ludzi, popierająca Wacława II, króla Czech, oczekiwała rychłej koronacji na władcę królestwa. Przed zaledwie czterema laty koronę udało się uzyskać księciu Przemysłowi, panu wielkopolskiemu, lecz zawistni Zarembowie z Nałęczami napuścili na niespodziewający się dwór króla w podpoznańskim Rogoźnie Brandenburczyków, którzy pobili rycerzy królewskich a jego samego, mdlejącego z ran, zamordowali.
Teraz Wacława II był jedyną realną alternatywą dla Polski, niewielu ludzi spodziewało się jeszcze zobaczyć księcia kujawskiego, Władysława Łokietka. Ten uszedłszy z kraju wyruszył do Rzymu, gdzie urzędował papież, trzymający jego stronę, a o którym krążyło łacińskie powiedzenie- Intrasti ut vulpes, regnas ut leo, morieris ut canis (wkradłeś się jak lis, rządzisz jak lew, zginiesz jak pies). Ta złowroga wróżba miała się w niedługim czasie spełnić.
Na Węgrzech tymczasem Grzegorz i Andrzej Górecki zabiegali o odsiecz węgierską. Król, Andrzej I z dynastii Arpadów umarł całkiem niedawno i rozpoczęły się walki o tron, o który czynił najpoważniejsze starania król Czech, pragnący korony dla syna.
Nie wszyscy magnaci węgierscy byli zadowoleni z takiego obrotu sprawy, patrząc życzliwszym okiem na polskich uchodźców. Najpotężniejszym sojusznikiem miał okazać się być Milos Benes, najbardziej wpływowy arystokrata na Węgrzech, pan Esztergomu i dobry znajomy Piasta.
W okupowanym kraju natomiast do popleczników piastowskiego wygnańca należała niedawna zarządczyni Wieliczki, a obecnie uprzykrzająca życie Czechom i rycerzom będzińskiego starosty w okolicach Krakowa. Nie pomagały wyprawy sojuszników i czynione nań zasadzki, panna Elżbieta wraz ze swoimi pachołkami zręcznie wymykała się z zastawionych sieci, nierzadko po trupach części ekspedycji wymierzonej przeciw niej.
Dziewczyna miała za sobą wiele udanych akcji wprowadzających w szał starostę i jego kompanów. Do najbardziej spektakularnych należy zaliczyć uwolnienie z rąk czeskiego zaprzedańca jego siostry, skazanej na stracenie.
Oto dwa dni po wizycie Nataszy we dworze pojawiło się czterech rycerzy w barwie czeskiej i pokazało staroście rozkaz wydania im jego siostry w celu osadzenia jej na Wawelu, skąd było mniejsze ryzyko ucieczki.
Wyprowadziwszy zrezygnowaną dziewczynę z lochu skuli jej ręce i nogi kajdanami oraz zawiązali oczy, po czym we dwóch postawili ją na specjalnie przygotowanym wozie. Później odjechali, pozostawiając starostę i wielkim zdziwieniu, lecz pewności, że to koniec Moniki.
Ani ona, ani jej zdradziecki brat nie spodziewali się na pewno, że eskortujący jeńca rycerze gdy tylko wjechali w las, skręcą z gościńca w gęstwinę. Monika nie oczekując znikąd pomocy była przekonana, że zamierzają stracić ją natychmiast, by nie robić sobie kłopotu.
Po około dwóch godzinach zatrzymali się. Jadący na przedzie rycerz zagwizdał i na polance ukazała się młoda dziewczyna, prowadząc ze sobą dwa konie. Monika, nie widząc tego, zaczęła bezgłośną modlitwę, ledwo poruszając wargami, przeświadczona o zbliżającej się śmierci.
- Udało się?- zapytała tymczasem przybyła.
- Tak, pani- odpowiedział dowodzący oddziałku- połknęli haczyk.
- Dobra robota. W takim razie…- tu pstryknęła palcami i żołnierze zsiedli z koni. Ci sami, którzy zajmowali się spętaniem starościanki, teraz ściągnęli ją na ziemię i rozkuli. Na koniec ściągnęli opaskę z oczu.
Monika przymrużyła oczy, światło dnia raziło je. Dziewczyna rozejrzała się z przestrachem po rycerzach, gdy z boku dobiegł ją ten sam kobiecy głos, co przed chwilą:
- Witaj w świecie żywych.
Starościanka odwróciła się w kierunku głosu. Stała przed nią wyższa o pół głowy dziewczyna, o ciemnych włosach i zielonych oczach, ubrana w czarny, dopasowany strój do jazdy konnej, z kołczanem na ramieniu. Ta patrzyła nań, uśmiechając się wesoło.
- Ela- powiedziała z niedowierzaniem i ulgą.
- We własnej osobie. Cieszę się, że się nam udało.
- Co miało się udać?
Panna Elżbieta zerknęła na żołnierzy i z zadowoleniem pokiwała głową.
- Naprawdę myślałaś, że pozwolę tak łatwo Ci nas opuścić?- zwróciła się znowu do starościanki.
- Nie wiedziałam, że wiesz, co mi się przytrafiło.
- Na szczęście dowiedziałam się kilka dni temu.
Monika roztarła nadgarstki, wciąż patrząc na przyjaciółkę.
- A Czesi, którzy po mnie przyjechali?
- To moi ludzie, przebrani w zdobyczne zbroje- rzekła i nie odwracając się od uratowanej powiedziała do towarzyszy- za kilka dni wrócę. Nie ruszajcie się z kryjówki do mojego powrotu, ale bacznie obserwujcie okolicę.
- Rozkaz, pani.
- Ruszajcie już. Do widzenia.
Rycerze skłonili się.
- Pani, uważaj na siebie.
- Będę, obiecuję. Idźcie.
Po chwili po pachołkach z Wieliczki nie było już śladu. Zarządczyni podeszła do będzinianki, wciąż nie mogącej uwierzyć w to, że jest wolna.
- Musimy stąd znikać. Niedługo domyślą się, że zostali oszukani i zaczną nas szukać. Dasz radę jechać konno?
- Pewnie, poradzę sobie.
Podeszła do konia, ale panna Elżbieta zatrzymała ją, sięgając do juków.
- Mam coś dla Ciebie.
Podała jej długi nóż, w żołnierskim futerale.
- Bardzo porządny, węgierskiej roboty.
Monika zawahała się.
- Bierz, przyda się.
W końcu starościanka przyjęła prezent i zatknęła go za pas.
- Jedziemy?- zapytała Elżbieta.
- Jedźmy.
Z gracją dosiadła kasztanowej, dzielnej klaczy, wspólnie z zarządczynią uderzyły konie piętami i pogalopowały w stronę boru, by już po chwili zniknąć w ciemnościach.
Tymczasem do dworu w Będzinie przyjechał wraz z podjazdem komendant garnizonu czeskiego w Krakowie. Starosta zaprosił go na obiad, a gdy zasiedli do posiłku, zapytał:
- Czy moja siostra na pewno nie ucieknie?
- O czym Pan mówi, starosto? Przecież ta dziewczyna siedzi w pańskim lochu, więc to wy powinniście pilnować, by nie uciekła.
Starosta ze zdziwieniem popatrzył na Czecha.
- Jak to? Przecież dziś rano przysłał Pan swoich ludzi, by uwięzić ją na zamku wawelskim.
- Czy Pan oszalał, starosto? Nikogo nie przysyłałem. Pańska siostra to wyłącznie Pana problem.
Starosta będziński Marcin nie wierzył własnym uszom. Monika, która w końcu znajdowała się w jego mocy, została uwolniona- najprawdopodobniej przez swoją przyjaciółkę z Wieliczki, wciąż uniemożliwiającą mu działanie.
Po uczcie, kiedy dowódca Czechów odjechał, wezwał kapitana swojej straży.
- Monika wydostała się z moich rąk i jest w tym oddziale partyzanckim, dowodzonym przez byłą zarządczynię Wieliczki. Dopadnijcie ich i skończcie z nimi, ale przywódczynię tych drani chcę mieć żywą. Sam zapłacę jej za to, co zrobiła.
- A pańska siostra, panie?
- Zabijcie ją.








więcej »


























