Wracający do swojego miasta rycerze krakowscy wjechali w granice dzielnicy senioralnej, o władzę w której walczyli teraz, po śmierci Henryka Probusa, książę Władysław Łokietek i król Czech z dynastii Przemyślidów, który rościł sobie prawa do tronu polskiego. Było jasne, że w najbliższym czasie musi dojść do wojny.
Na razie jednak żołnierze kasztelańscy przemierzali wolny jeszcze w większej części kraj. Andrzej Górecki, dowódca komuniku, zawsze przewidujący i spodziewający się najgorszego, podzielił oddział na trzy części. Dwie grupy szły szeroko w pewnej odległości od głównej siły, zabezpieczając boki pochodu.
Gwardzista rozmawiał ze znajdującym się w największym oddziale Grześkiem na tematy wojskowe, o sytuacji kraju. Nagle przed nimi rozległ się tętent i na trakcie ukazała się pewna liczba zbrojnej jazdy, na której czele jechał Maciek, zastępca Góreckiego. Już z daleka konwój zmierzający z północy poznał, że stało się coś złego.
- Szefie!
- Melduj!
Żołnierz miał żałosną minę.
- Chodzi o naszego kasztelana!
- Wykrztuś to wreszcie.
- Pan umarł dziś rano.
Górecki zdrętwiał, potem zaś, podobnie jak inni żołnierze przeżegnał się.
- Jak to się stało? - zapytał podwładnego. - Kiedy wyjeżdżaliśmy, wszystko było jak trzeba.
- Wieczorem pan źle się poczuł. Wezwany medyk był bezradny, kasztelan miał wysoką gorączkę, zaczął majaczyć.
- Przestań, sprawiasz Grzegorzowi cierpienie- przerwał relację Górecki, widząc minę syna zmarłego.
- Nie, Andrzej. Niech mówi.
- Panie, tak mi przykro - rzekł Maciek. - Nad ranem na chwilę poczuł się lepiej, pożegnał się z nami, nakazał słuchać młodych paniczów i zamknął oczy na zawsze.
Górecki zeskoczył z siodła, chwycił strzemię konia Grześka i rzekł z mocą:
- Wasza miłość, obiecujemy wykonywać wszystkie rozkazy, a także służyć wszelką radą i pomocą.
Gwardziści potwierdzili zgodnym pomrukiem - pod nieobecność Andrzeja władzę we dworze przejmował Grzesiek i to on miał podjąć obowiązki kasztelana krakowskiego, a co za tym idzie zająć się pogrzebem starego pana i zdecydować w sprawie przyszłych wypadków.
Młody pan skinął głową.
- Dziękuję Andrzej. Maciek, wyślij listy z zawiadomieniem o śmierci ojca do wszystkich okolicznych książąt - zwrócił się do przybyłego. - Muszą dowiedzieć się o tym nieszczęściu.
Maciek skłonił się i ruszył ku swoim przekazać polecenia. Wszyscy ruszyli dalej w milczeniu. Dopiero po jakimś czasie Górecki zwrócił się do pana i zapytał:
- A panicz Andrzej?
- Prędzej czy później sam się dowie, teraz każda taka wiadomość może zaszkodzić powierzonej misji.
Górecki przyznał mu rację. Sam zaś, mimo całego bólu po utracie pana, dzięki któremu doszedł do swojej pozycji i wiele mu zawdzięczał, zaczął myśleć o nadchodzących czasach. Teraz, po śmierci kasztelana trzymającego w ręku Małopolskę i będąc jedynym człowiekiem mogącym zastopować inwazję czeską, król Wacław II z całą pewnością zaatakuje całą siłą i zaleje kraj. Przypomniał sobie słowa kasztelana sprzed lat:
- Naszymi największymi sprzymierzeńcami w razie nieszczęścia są prości ludzie, wojenni wielce i biegli w rzemiośle. Pamiętaj, gdyby mnie zbrakło, a do nas wszedł wróg, zadbaj o to, by wszelką broń, jaką posiadają, dokładnie schowali i czekali na właściwy moment, by jej użyć. Mogą w sposób znaczny dopomóc nam w odzyskaniu kraju, potem zaś w jego zjednoczeniu.
Żołnierz kazał wracać jednemu z rycerzy do Jazdowa i przekazać wiadomość o zgonie pana krakowskiego księciu Bolesławowi, największemu przyjacielowi swego pana.
Kiedy wracał, kiwnął na niego Grzegorz. Górecki podjechał do jego boku.
- Wiem, że to nie najlepszy moment na rozmowę o tym, ale kraj stoi nad przepaścią. Nie możemy dopuścić do rozpadu.
- Panie, mam kilka zaleceń starego pana i parę własnych pomysłów, ale wolałbym wyjawić je waszej wielmożności we dworze, w cztery oczy. Im mniej osób będzie wtajemniczonych, tym lepiej.
- Nie ufasz swoim ludziom?
- Nie o to chodzi, panie. Dla wszystkich nas będzie bezpieczniej, jeśli o pewnych rzeczach będą wiedzieli przełożeni, a jakby nie daj Boże jakieś wieści o naszych ruchach doszły do tego będzińskiego łotra…
- Niech tak będzie - przerwał mu pan, wspomniawszy niepewnego rodaka i jego działania. - Masz rację, Andrzej.
- Panie, jestem pewien, że i pański brat będzie wolał mieć bitny lud małopolski za sobą, niż tą kanalię.
- Z pewnością. No dobrze, ale co z pogrzebem?
- Radzę zrobić cichą uroczystość dla garści najbliższych przyjaciół pana krakowskiego. Nie ma potrzeby komplikować sytuacji.
- Dobrze, Andrzej. Zajmij się tym.
- Tak jest.
W tej samej chwili z lasu wynurzyło się kilku konnych, na których czele jechała młoda i wysoka kobieta o długich ciemnych włosach i intensywnie zielonych oczach. Miała na sobie czarny strój do jazdy z kołczanem strzał na plecach. Gwardziści rozpoznali Elżbietę, dziedziczkę podkrakowskiej miejscowości Wieliczka, znaną z urody w całym województwie sierotę - jej rodzice zginęli podczas ostatniego tatarskiego najazdu. Kasztelan sprawował nad nią opiekę i znał jej najgłębiej skrywaną tajemnicę - w dzień pracująca jak kobieta, w nocy czyściła las z grasujących tam zbójów zyskując miano "małopolskiej amazonki". Gwardziści nigdy ani słowem nie odzywali się na temat, gdy jak co miesiąc przyjeżdżała wraz z konwojem z podatkami od mieszkańców Wieliczki - miejscowości w której wydobywano sól kamienną. Czasem tylko droczył się z nią Górecki, wywołując uśmiech na jej twarzy.
- Witam panów - rzekła, osadzając konia obok żołnierzy. - Słyszałam już, co się stało. Moje kondolencje, panowie. Pan kasztelan był wspaniałym człowiekiem.
- Dziękuję waćpannie - odrzekł Górecki. - A skądże to jejmość pani wracasz?
- Z wycieczki po lesie.
- Czy aby tylko, pani? - zapytał gwardzista patrząc znacząco na kołczan
- Nie tym razem, mości Górecki. Jestem grzeczną dziewczynką.








więcej »


























