Aleksandra Kołosowska: Kilkanaście dni temu ukazała się Pani trzecia książka, Niedziela bez Teleranka". Dlaczego postanowiła Pani napisać tę książkę?
Beata Tadla: Myślę, że to sposób, jakiś pomysł na opowiadanie historii. Codzienności, szarej rzeczywistości. Takiego zwykłego życia bez wielkiej polityki. Jestem zwolenniczką pisania specjalistycznych opowiadań, a to jest pewien wycinek naszej tożsamości. Książka powstała z okazji 30 rocznicy wprowadzenia Stanu Wojennego w Polsce. Chciałam pokazać, jak się zmieniła Polska w tym czasie, czyli jak wyglądał świat w 1981 roku i jak wygląda teraz w przeróżnych branżach życia. Np. jak wyglądaliśmy, co jedliśmy, czym jeździliśmy, co oglądaliśmy w kinie, jak wyglądał telefon kiedyś, jak wygląda telefon dzisiaj, jak wyglądał aparat fotograficzny. Takie bezpośrednie porównania dają fantastyczny punkt odniesienia dzisiejszym dzieciakom. Jak zabrałam dziecko na wystawę, pt. "Drogi do wolności" i zobaczył tam maszynę do pisania, to zapytał mnie jaki miała wyświetlacz. Dzieci nie wiedzą, bo skąd mają wiedzieć, jak wyglądały tamte przedmioty. Kiedy porównamy je w taki bezpośredni sposób, to jest im łatwiej to wszystko przybliżyć. Dzieci są naprawdę zainteresowane. Mój syn pyta: mamusia, w co się bawiłaś, czym się bawiłaś jak byłaś mała? I właśnie w tej książce to jest.
A.K.: Czyli tą książką chciałaby Pani dotrzeć przede wszystkim do dzieci?
B.T.: Chciałabym dotrzeć do rodziców i do ich dzieci. Czyli do rodziców, którzy tak jak ja mają dzisiaj około 40 lat, przeżyli dzieciństwo w PRL-u, doskonale to pamiętają. Jest to naprawdę mocno osadzone w naszej pamięci i my kochamy te wspomnienia. Do każdego zdjęcia podchodzimy z sentymentem nie dlatego, że chcielibyśmy znów żyć w tamtej rzeczywistości, tylko dlatego, że innego dzieciństwa już mieć nie będziemy. Pewnie z tego względu każdy lubi swoje dzieciństwo wspominać. Nasze było rzeczywiście wyjątkowe, bo trzydzieści lat temu cała Polska, życie, zapachy i smaki wyglądały po prostu inaczej niż teraz. Warto o tym opowiadać, ponieważ to tworzy pewien klimat dla nas (tych około 40 latków), którzy myślą sobie: przeżyliśmy połowę życia w PRL-u, połowę życia już w wolnej Polsce, potrafimy docenić to, co mamy teraz, ponieważ żyliśmy w świecie, w którym kompletnie nic nie było. O tym należy opowiadać dzieciom, bo jest to pewien system wartości, docenianie tego, co się ma. Dziś częstą postawą jest roszczeniowe nastawienie. Nam ciężko to pojąć.
A.K.: W jaki sposób udało się Pani przekonać do wywiadów tylu wspaniałych i wybitnych ludzi?
B.T.: (śmiech) Po prostu zadzwoniłam i przekonałam. Oczywiście dużo trudniej było mi przy pierwszej książce, ponieważ to było 47 rozmów z ludźmi zabieganymi, ciągle wyjeżdżającymi za granicę, ciągle mającymi jakieś plany zdjęciowe, wywiady itd. Kiedy przygotowywałam tę książkę, po prostu zadzwoniłam i powiedziałam, że mam taki pomysł na pokazanie tamtych czasów, no i jakoś szczerze powiedziawszy nikt mi nie odmówił.
A.K.: Jest Pani autorką trzech książek. Ma Pani pomysł na kolejną?
B.T.: Jestem takim niespokojnym duchem. Cały czas mi się wydaje, że muszę z czymś zdążyć. Pojawia mi się jeden pomysł, który kończę, bo jestem też konsekwentna, ale w trakcie realizacji jednej idei, pojawia mi się już kilka następnych, które też bardzo chciałabym zmaterializować. Już mam parę pomysłów na następne pozycje. Chciałabym uruchomić fundację, nie mogę jeszcze zdradzać szczegółów, ponieważ ona jest w powijakach, i dopiero tworzony jest statut. Będzie też książka, a raczej album o ludziach, którzy zetknęli się z przemocą w internecie, przemocą słowną, która potrafi naprawdę bardzo zaboleć. Na razie tyle mogę powiedzieć.
A.K.: Mówiła Pani o tym, że jest konsekwentna. Czy nie uważa Pani, że młodym ludziom brakuje tej konsekwencji?
B.T.: Nigdy nie chciałabym wartościować, jacy są młodzi ludzie, bo oni są po prostu totalnie inni od nas, gdy byliśmy w ich wieku. Świat był inny i ja nie chce mówić, że my jesteśmy lepsi, a oni są gorsi albo odwrotnie. Wcale tak nie jest, oni są zupełnie inaczej wykształceni, nastawieni do życia, poza tym żyją w świecie, w którym nie ma ograniczeń, a my byliśmy ograniczeni chociażby żelazną kurtyną. Mieliśmy zamknięte granice, musieliśmy marzyć i częściej uruchamiać wyobraźnię, ponieważ nie było podstawowych rzeczy. Musieliśmy marzyć o smakach, o zapachach, o kolorach, a dzisiaj to wszystko jest. Dzisiejszy świat ma po prostu inne wyzwania niż ten, do którego my wchodziliśmy wkraczając w dorosłość. Przyszły zmiany ustrojowe w roku 1989, więc przed nami były zupełnie inne wyzwania. To nie jest tak, że młodzi ludzie mają dzisiaj łatwiej - mają gorzej. My na początku lat 90. tworząc nowe zawody, które po czasach komuny musiały w Polsce demokratycznej powstać, jednocześnie obsiedliśmy te stanowiska. Nie jesteśmy jeszcze starzy, więc trochę na tych posadach pobędziemy. Młodym ludziom jest po prostu trudniej zajmować nasze miejsca. Do wymiany pokoleniowej muszą jeszcze trochę poczekać. Natomiast oni mają zupełnie inne możliwości i myślę, że powinni się sprawdzać tam, gdzie te wyzwania na nich czekają. Mają duże pole do popisu. Czy brakuje im konsekwencji? Czasem widzę, że są trochę zbyt roszczeniowi, ale to oczywiście nie jest uogólnienie. To jest taka pewna cecha tej generacji, że nie liczy się tak bardzo,jak dla nas, ciężka praca i dopiero na końcu nagroda, tylko oni chcą już. Już, teraz, natychmiast: duże pieniądze, samochód służbowy, lokaja może jeszcze (śmiech). Podkreślam, że to nie jest moje uogólnienie, tylko cechy, z którymi się spotykam. Mam kontakt z młodzieżą, bo wykładam na uczelni, spotykam się często w różnych szkołach z licealistami, ze studentami, no i mam także kontakt w pracy z ludźmi, którzy są adeptami tego zawodu. Myślę, że to są absolutnie wspaniali ludzie. Lepsi trochę niż pokolenie od nich starsze, a młodsze ode mnie. Te młodsze pokolenia są bardziej przywiązane do Polski, do wartości, widzę w nich większy potencjał.
A.K.: Jako dziecko chciała Pani zostać aktorką. Co spowodowało, że wybrała Pani dziennikarstwo?
B.T.: Dzisiaj sobie przypominam, że jako dziecko miałam już magnetofon, to był magnetofon reporterski, myśl technologiczna ZSRR. Jedyna na podwórku takowy sprzęt posiadałam. To było jeszcze przed epoką kaseciaków. Na tym sprzęcie nagrywałam wszystkie koleżanki z podwórka. Moja mama zachowała te taśmy. To są bardzo długie, szczegółowe wywiady: co jadłaś droga koleżanko, co jadłeś drogi kolego dzisiaj na obiad, w co się ubierzesz jutro, czy pójdziesz do kościoła itd. Oprócz wywiadów z kolegami z podwórka, nagrywałam bardzo długie monologi. Gadałam wszystko, co mi ślina na język przyniosła i śpiewałam piosenki. Orientowałam się po czternastej zwrotce, że tej piosenki wcale nie było, a ja wymyślałam ją na bieżąco. Myślę, że wtedy pojawiła się chęć czy marzenie jeszcze niesprecyzowane o dziennikarstwie, o poznawaniu świata, o ciekawości życia, o niezgodzie na pewne procesy. Na pewno moje marzenia czy chęci były zdominowane przez przekonanie, że będę aktorką. Myślałam, że aktorstwo to jest mój zawód wymarzony, wytęskniony i ja się na pewno do tego super nadaję. Przypadek sprawił, że trafiłam do radia, które właśnie powstawało w Legnicy. Weszłam tam właściwie z ulicy, bo przeczytałam w jednej z gazet, które roznosiłam, żeby sobie dorobić do kieszonkowego, że jest casting i powstaje rozgłośnia regionalna w Legnicy. Zgłosiłam się na ten casting, byłam wtedy w drugiej klasie liceum. Dostałam się do radia i spędziłam tam piętnaście lat.
A.K.: Skończyła Pani studia na poznańskim Uniwersytecie, później trafiła Pani do Radia Eska. Opowie Pani o swojej przygodzie z radiem?
B.T.: Radio jest najlepszą szkołą dziennikarstwa, jaką można sobie wyobrazić. Najpierw było radio Legnica, a potem przeniosłam się do Warszawy, jednocześnie kończąc studia zaocznie. Zaczęłam pracować w radiu Eska. To były bardzo ciężkie czasy, ponieważ początki były koszmarne. Mieszkałam w wynajętym mieszkaniu, za które musiałam miesięcznie płacić 500 zł i dokładnie tyle samo zarabiałam. Cała moja rodzina musiała się zrzucać i przysyłać mi pieniądze na życie. Moja mama wyprzedawała nawet jakieś złoto - pierścionki, żebym ja mogła po prostu przeżyć. Z miesiąca na miesiąc było już coraz łatwiej. Oczywiście, żeby więcej zarabiać musiałam więcej pracować, co wiązało się z tym, że w nocy robiłam serwisy informacyjne w radiu, a w dzień biegałam z mikrofonem po Sejmie, Ministerstwach, manifestacjach, komisjach specjalnych itd. Podobało mi się to bardzo, lubiłam tę część swojego życia, w której mogłam stanąć obok ważnego polityka, którego wcześniej znałam tylko z telewizji i po prostu z nim porozmawiać. Udało mi się pojechać na szczyt NATO do Madrytu. Zapraszano wtedy Polskę do udziału w sojuszu północno - atlantyckim. Byłam naprawdę przejęta, podekscytowana, wydawało mi się, że to jest ogromne szczęście, że mogę to robić. Bardzo cenię sobie pracę w radiu i uważam, że nie udałoby mi się tak pracować jak pracuję dzisiaj bez tej podbudówki w postaci pracy przy mikrofonie. Praca przy mikrofonie to malowanie słowem, to opowiadanie słuchaczom o wydarzeniach, które oni muszą sobie po prostu wyobrazić. W telewizji jest inaczej, ponieważ jest to obrazek, który pokazuje się widzowi. W radiu trzeba to wszystko opowiedzieć. To bardzo duże pole do popisu dla dziennikarza, który musi wyszukać w pokładach pamięci odpowiednie słowa, odpowiednio je dobrać i zadziałać na wyobraźnię. Pod tym względem jest to duże wyzwanie, dobra szkoła i naprawdę bardzo wartościowy warsztat.
A.K.: Opowiada Pani z taką fascynacją o radiu. A jakie są jego minusy?
B.T.: Czy są minusy radia? Musiałabym się zastanowić, ponieważ zadała mi Pani bardzo trudne pytanie. Może powiem o minusach dzisiejszego radia, bo kiedy ja zaczynałam, to rozgłośnie radiowe nie były takie sformatowane, można było zagadać piosenki i można było trochę więcej powiedzieć. Serwisy informacyjne były dłuższe. Dzisiaj to jest głównie muzyka, oprócz radia Tok fm, które skupione jest na rozmowie i jakby to jest podstawą tej rozgłośni. Skrótowość radia może trochę przeszkadza. Ja w radiu szukam człowieka, tzn. chcę, żeby radio do mnie mówiło. Kiedyś były słuchowiska, słuchałam bajek i teatru Polskiego Radia. Dzisiaj w porach, w których ja słucham radia, czyli kiedy jadę samochodem do pracy czy przemieszczam się między miastami, rzadko trafiam na coś, co mnie przekonuje. Szukam radia, które mówi, a nie które puszcza muzykę. Muzyki mogę posłuchać ze swoich ulubionych płyt, natomiast lubię gadającego człowieka - żywego człowieka.








więcej »


























