...wpatrzona w kubek i skupiona na zmarzniętych palcach rąk, wyglądam za okno.
Spadł śnieg. Nie widzę go zza rogu kamienic, brunatnych ulic posypanych solą i piaskiem, które toną w smogu dymu papierosowego nowoczesnych samochodów i prowadzących je ludzi o szarych twarzach. Mrużę oczy, które łzawią od naszpikowanych kolorami pstrokatych wystaw promujących sztuczne ciała i twarze; jeszcze nigdy nie widziałam modelki, której uśmiech utrzymywał się na ustach przez obiecane 24h na dobę. Ironiczna? Nigdy nie byłam. Dekadencka? Jeszcze nie zaczęłam.
Czajnik zawył, kuchnia zmaterializowała się w sadystycznej stopklatce rzeczywistości. Mleko zaczęło śmierdzieć w rondelku, brunatna papka obkleiła ryż, zastygała na kamień, bulgocząc. Szłam o zakład, że urokliwą słodycz cukru zawłaszczyła nostalgia gorzkiej zadumy. Czy i ja taka nie byłam? Przyklejona do tych białych szafek i sterylnego fartucha niani z sal szpitalnych, obiecująca sobie, że obserwowane codzienne zgony ludzkich serc nie są zwiastunem rychłego końca świata?
Czerwony lakier odchodził z paznokci. Płakałam cicho w wannie napełnionej do połowy wodą, która dawno przestała parować. Czułam, jak cierpnie mi skóra przy akompaniamencie czyjejś gry na pianinie. Zawyć gorzko raz, drugi, opróżnić szklany pojemnik z solą do kąpieli i topnieć w zamrażalniku ludzkich odchodów marzeń. Usłyszeć "Honey, I’m home!" i uśmiechnąć się w bezguściu, jakby ze świadomością, że na nic udawanie, że na nic gra aktorska, że to wszystko jest tak naprawdę tylko tak, jak zaplanował Goffman.
Przypomnij mi, proszę, o czym śpiewał Bing Crosby... (W mojej głowie ktoś uderzył dzwoneczki fajką...)








więcej »


























