Trudno o temat, który na przestrzeni wieków był bardziej eksplorowany niż miłość. Tajemnicze zjawisko, choroba, najcudowniejsze uczucie na świecie… Miłość heteroseksualna, homoseksualna, Romea i Julii, Tristana i Izoldy, Jacka Twista i Ennisa Del Mara, Ricka Blaine i Ilsy – nudy, nudy, nudy. Jest jednak pewien rodzaj miłości, o którym nie mówi się tak często, a który wywołuje pobłażliwy uśmieszek na ustach wielu ludzi. Jest to miłość do „Romea i Julii”, „Tristana i Izoldy”, „Brokeback Mountain” czy „Casablanki”.
Wasz pokój obwieszony jest zdjęciami Jamesa Dean i Katherine Hepburn? Fotosami z filmów Antonioniego? Z „Titanica”, „Terminatora”, „Notting Hill”, „ Złotego wieku” czy „Gabinetu doktora Caligari”? Opowiadacie o nich z pasją, wymawianie samo wymawianie tych nazw wywołuje łzy w waszych oczach? Jeśli tak, to zapewne znacie te spojrzenia zarzucającej skrajny infantylizm i szydercze uśmieszki. Zarwaliście niejedną noc, zawaliliście niejeden sprawdzian czy dzień w pracy z powodu filmu, nowej książki Rotha czy Chmielewskiej? Spaliliście niejedną patelnię słuchając nowej płyty Hey czy Lady Gagi? A kiedy opowiadacie o tym słyszycie tylko ironiczne docinki…
Smutna prawda (cóż za frazes, ale jakże prawdziwy) jest taka, że miłość do sztuki (niezależnie od tego czy jest to sztuka tzw. wysoka czy niska) jest najbardziej wyszydzanym rodzajem miłości. Niewielu bowiem potrafi zrozumieć, że jesteś w transie oglądania „Sześciu stóp pod ziemią” i nie wyjdziesz na drinka albo nie pójdziesz na kawę. Bo jak można kochać sztukę? Przecież ona nie jest człowiekiem. Tymczasem niektórzy potrafią powiedzieć, że życie jest znośne tylko dzięki niej. Są tacy, którzy kochają Arthura Rimbaud i Johnny’ego Deppa – i nie są zboczeńcami ani aspołecznymi nastolatkami, o których rozwój i przyszłe życie niepokoją się rodzice.
Miłość istotnie jest tajemniczym zjawiskiem i nie zawsze musi dotyczyć człowieka. Można kochać „Personę”, „Donniego Darko”, „Hamleta”… prawdziwą miłością, która uniemożliwia nam wyobrażenie sobie życia bez nich. Miłością, która wywołuje dreszcze, gdy widzimy otwieramy „Pustelnię parmeńską” i nieznośne uczucie żalu, gdy widzimy napisy końcowe „Przeminęło z wiatrem”. Bo jeśli sztuka jest Rhetem Butlerem, to ja jestem Scarlett O’Harą. To właśnie sztuka jest moim partnerem, który zawsze potrafi mnie pocieszyć, wesprzeć w ciężkich chwilach. To właśnie z nią dziele moje największe radości. Myśląc o niej budzę się i zasypiam.
Dlatego, jeśli przeczyta to chociaż jedna osoba, która rozgorączkowanie nowym filmem Almodovara kwituje bezdusznym „O co tyle szumu?”, mam do niej prośbę. Chciałbym, żeby pamiętała, że „miłość do sztuki” to nie przypadkowa zbitka słów, ale rzeczywiste uczucie. Czasami jest to jedyne uczucie, czyniące egzystencję na tym łez padole możliwą. Uczucie tak samo prawdziwe i silne jak to, którym darzy się drugiego człowieka. Po prostu piękne – jak każdy rodzaj miłości.
































