Drogi Pamiętniku,
Moje zapiski dzisiaj mogą być nieco chaotyczne, ponieważ jestem „bosko zmęczony” i olśniony niezwykłymi wydarzeniami, w których uczestniczyłem. Byłem po drugiej stronie tęczy!
Pobudka z pewnością nie należała do najprzyjemniejszych w moim życiu. Hmm… w zasadzie nie było jej w ogóle. Nasz pociąg wyjeżdżał o piątej czterdzieści, a rozemocjonowanie nie pozwoliło mi zmrużyć oka. Ale, ale! Już widzę, że się zapędziłem. Zapomniałem napisać, że jechałem na Europride wraz z dwoma przyjaciółkami.
Jedność w różnorodności – jest to hasło, które idealnie odzwierciedlało grupę jaką stworzyliśmy. Ja – gej, zdeklarowany lewicowiec; jedna z przyjaciółek – na ogół apolityczna, z punkowo-anarchistycznymi korzeniami; druga z przyjaciółek – katoliczka, bliższa prawicy. Ja – blond włoski, malinowa bluzeczka, kapelusik, skórzana kamizelka; jedna z przyjaciółek – sukienka z kwiatowymi motywami i marynarka w stylu vintage; druga z przyjaciółek – białe spodenki, koszulka na ramiączkach w biało-czerwone paski - marynarsko, a zarazem sportowo. Tęczowa drużyna.
Aczkolwiek, stojąc o wpół do szóstej na dworcu w Gdańsku daleko nam było do tęczy. Dużo właściwsze byłoby określenie „pale faces”. Podróż przebiegła nam dosyć spokojnie. Pojawiliśmy się zatem w Warszawie w doskonałych humorach i zlani potem, więc czym prędzej popędziliśmy do jakiejś toalety, żeby się przebrać.

Warszawa jest miastem, które zawsze mnie fascynowało. Masłowska wspomniała kiedyś o tym jak spacerowała po stolicy i zdała sobie sprawę z tego, że chodzi po wielkim cmentarzu. To jest, być może, w Warszawie najbardziej interesujące – miasto, które zbudowano praktycznie po raz drugi. Miejsce, w którym historia i ślady (może „ruiny” byłoby lepszym słowem) jakie po sobie pozostawiła wciąż walczą z nowoczesnymi biurowcami. Eklektyzm i dynamika – te przymiotniki najlepiej oddają charakter Warszawy.
No i jeszcze jedno określenie jest bardzo adekwatne: labirynt. Mój doskonały humor sczezł już w trakcie perturbacji związanych ze znalezieniem wyjścia z Dworca Centralnego. Swoją drogą: jest to przestrzeń, która byłaby idealną sceną dla spektaklu „Nić Ariadny”. Poruszanie się po Warszawie również sprawiało nam sporo problemów, a próby wspomagania się mapą tylko utrudniały sprawę. Spotkaliśmy jednak przemiłą panią, która pomogła nam się dostać w okolice Placu Bankowego – doskonały dowód na to, że „warszawiak” nie jest synonimem dla słowa „cham”.
Pojawiliśmy się tam jednak godzinę po rozpoczęciu parady. Dzięki pomocy kolejnej niezwykle uprzejmej jednostki ludzkiej udało nam się przekonać panów policjantów, żeby pozwolili nam włączyć się w paradę. No i zaczęło się.
Moglibyśmy sparafrazować słowa Judy Garland i powiedzieć „We’re not in Poland anymore, Toto”. Radość, taniec, muzyka, śpiew. Tęczowe flagi, parasolki, naszywki, koszulki, skarpetki… ABBA, Madonna, Gloria Gaynor, Lady Gaga, Village People. Kicz, kamp, buty na koturnach, różowe parasolki, brokat, ostry makijaż; cudowni, kolumbijscy tancerze – wszystko tak jak na paradę przystało. Wszystko to, co widać na zdjęciach i w mediach.
I jeszcze coś. Heteroseksualne pary z dziećmi – zarówno niemowlakami, jak i takimi w wieku 8-12 lat. Mieszkańcy Marszałkowskiej wychodzący na balkony, machający nam z okien, cieszący się. I coś, co mnie urzekło najbardziej: starsi ludzie z tęczowymi flagami i transparentami, uśmiechnięci, poruszający się niekiedy żwawiej niż ja sam. Atmosfera niekłamanej życzliwości, której symbolem stał się dla mnie batonik Toblerone z napisem „pozdrowienia od gejów ze Szwajcarii”, sprezentowany nam przez krajanów Rilkego.
Aż tak różowo być oczywiście nie mogło, było kilka niemiłych akcentów. Z ustawionego za kordonem policji tłumu padło kilka tekstów w duchu katolickiej miłości do bliźniego; już po paradzie, w okolicy Placu Konstytucji pojawiło się kilku neofaszystów, którzy owiniętą w tęczową flagę dziewczynę powitali słowami „spier..., lesbo”. Tuż za tym szacownym towarzystwem szło jednak małżeństwo z dzieckiem, które zwróciło się do niej z uśmiechem: „nie przejmuj się”. My sami usłyszeliśmy od pewnego uprzejmego pana, że „Bóg nie chce pedałów”, ale to były incydenty, które nie były w stanie zakłócić olśniewającego, różnorodnego i radosnego pochodu.

A zatem, drogi pamiętniczku, czy Polska staje się krajem coraz bardziej otwartym? Nie mam pojęcia. Wiem jedno: spotkałem wielu Polaków, którzy byli dalecy od katolicko-ksenofobicznego stereotypu. Ludzi wolnych, którzy pragną wolności i równości dla wszystkich. Pokrzepiło mi to serce w dużo większym stopniu niż „Krzyżacy” i „Trylogia” razem wzięte.
Jeszcze jedno! Bezwzględnie należy podziękować osobie, która po paradzie odkręciła hydrant na Placu Konstytucji. Możliwość zanurzenia się w strugach wody po marszu w wykańczającym upale przychyliła nam nieba.
17 lipca 2010 r.
Foto: Kamil Kuhr
































