Słowacki przybył do stolicy Włoch około 22 lutego 1836 roku, gdzie przebywał u znajomych i oddawał się czynnościom turystyczno-poznawczym – zwiedził galerie watykańskie, Kaplicę Sykstyńską, Bazylikę św. Piotra, katakumby, obecny był również na wielkotygodniowym koncercie w Koloseum. Wówczas właśnie powstał wiersz „Rzym”, który – w co nie mogę wątpić – inspirowany był podróżą, nowo zdobytymi doświadczeniami oraz silnymi – czemu poeta daje wyraźny wyraz w utworze – emocjami.
Podmiot liryczny zdaje się jawić nam jako widz, obserwator, opisujący to, co widzi (wskazują to na to słowa określające jego położenie względem poszczególnych składowych krajobrazu – „przede mną”, „za mną”). Stoi w miejscu, nieruchomy, jedynie przyglądający się zmieniającym się przed jego oczami obrazom. Wszystko natomiast wydaje się być jego wizją, imaginacją, prywatną projekcją rozemocjowanego umysłu, rodzajem snu na jawie.
„Nagle mię trącił – płacz na pustym błoniu:/ „Rzymie! nie jesteś ty już dawnym Rzymem”./ Tak śpiewał pasterz trzód, siedząc na koniu.” – podmiot liryczny rozpoczyna utwór od gwałtownego przeniesienia się na pustkowie. Od pierwszego wersu trąci nas jego niezwykła emocjonalność, osobiste wręcz zaangażowanie w przeżywanie. W pierwszej strofie brak opisu miasta, którego obraz kreuje samo ‘ja’ liryczne już w strofie drugiej.
Podmiot liryczny widzi oto przed sobą (jakby nagle wyłonione z mgły) sznury pałaców, nad którymi króluje kościół (peryfraza religii rzymskokatolickiej), przyrównany do olbrzyma. Zniknął ubogi pastuszek, wędrujący w pokorze i skromności po świecie Chrystus, wyznający ideę wyzbycia się bogactwa św. Franciszek. Kościół (nie tyle jego duchowieństwo, co sami wierni) gromadzi na ziemi swe dobra materialne, korzysta z życia, niejako zagrzebując starą, chrześcijańską tradycję oddania posiadanego i – będąc wolnym od jego ciężaru – podążania za Jezusem. Z jednej strony religia rzymskokatolicka rozlała się na świat, nauki Starego i Nowego Testamentu jawiły się otwartą księgą dostępną dla każdego i przemawiającą do wielu. Mimo to jednak cnoty pierwszych chrześcijan popadły niejako w zapomnienie. Bez konieczności oddawania życia za wiarę, walki o nią (jak miało to miejsce w czasach prześladowań) pokora, modlitwa i czystość serca nie tyle straciły na znaczeniu, co stały się uciążliwe w codziennym życiu, wolnym (przynajmniej pozornie) od trosk właściwych pierwszym chrześcijanom. Kościół upaństwowiony, powszechny, jednocześnie rósł w siłę, utrwalając swoją pozycję w świecie i odchodził od wartości, które czyniły go na początku wielkim w sercach ludzi. Owe delikatne niuanse, wręcz niezauważalne dla człowieka doby współczesnej, nagle stały się wyraźne podmiotowi lirycznemu, który (jeśli zakładamy, że bliska mu, jak i Słowackiemu, była tradycja wychowania w wierze i wzrastania z nią, wartościami, które niosła) musiał przeżyć swego rodzaju szok.[1]
Z ruchem ‘ja’ lirycznego przesuwamy się i my – ku strofie trzeciej. Podmiot liryczny odwraca się, być może w nadziei, że ujrzy coś, co mu ją przywróci. Możliwe, że szuka potwierdzenia słuszności swego złudzenia, oczekuje rozwiania sprzed oczu owej dziwnej mary moralnego, duchowego zaniepokojenia, która objawiła mu się przed momentem. W miejsce kojącej odpowiedzi rysuje się natomiast przed nim obraz spokojnego morza, kołyszącego do snu w pięknej metaforze przyrównane do łabędzi okręty. „Za mną był morski brzeg, i nad falami/ Okrętów tłum, jako łabędzie stado,/ Które ogarnął sen pod ruinami.” Wyciszenie chwili mąci wciąż obecna w świadomości podmiotu lirycznego wizja upadłej stolicy chrześcijaństwa[2], teraz obecna i wyraźna jako fakt – „sen pod ruinami”. Samo sformułowanie „sen” powinno zwrócić naszą uwagę na pewien istotny element – oto okręty (ożywione animizacją), w pewien sposób symbolizujący życie miasta, jego rozwój (na różnych płaszczyznach) i energię czynną (nieustannie toczące się w portach życie, zabieganie z zamieszaniem, ogólny gwar i załatwianie spraw ludzkich z państwowymi) znajdują się w stanie spoczynku, które w połączeniu z wyludnieniem miasta (w którego opisie podmiot liryczny uwzględnił przecież jedynie budynki, w specyficzny sposób zresztą ujęte) napawa nas niepokojem. W tym kontekście uosabiać mogą ogólne uśpienie mieszkańców miasta, ludzi samych w sobie, ich zobojętnienie na sytuację, nową-starą pozycję Kościoła. W tej też rzeczywistości podmiot liryczny naprawdę pozostaje sam – z własnymi wizjami, oczami szeroko rozwartymi na niewidzialne, niejasne dla innych.
































