22-08-2010
AAA |
Ocena: 5  1 głosów
"Diabeł. Autobiografia" już 15 października!
Czy Diabeł może chcieć spisania swojej biografii? A jeśli tak to jak historia upadku wygląda z jego punktu widzenia? Tosca Lee stara się odpowiedzieć na te pytania.

Diabeł. Autobiografia
Clay jest rozwiedzionym, znudzonym swym monotonnym życiem redaktorem. Wszystko zmienia się gdy pojawia się Lucian. Pozorne i błache z pozoru zdanie "Opowiem ci swoją historię, a ty ją spiszesz i opublikujesz" staje się punktem zwrotnym w życiu Claya. Wkrótce Lucian staje się obsesją redaktora.

Wydawnictwo Initium zaprasza do zapoznania się z fragmentem pierwszego rozdziału:

"Padało tego wieczoru, kiedy mnie odnalazł. Samochody wlokły się ospale wzdłuż Massachusetts Avenue, a w chodnikowych płytach odbijało się blade światło latarni. Szedłem szybko, bez parasola, rozkojarzony sygnałem przyjścia SMS-a, jaki rozbrzmiał właśnie w moim telefonie. Próbowałem przeczytać wiadomość, osłaniając jednocześnie wyświetlacz przed ciężkimi kroplami spływającymi ze sklepowych markiz. Do mojego służbowego kalendarza zakradł się błąd – spotkanie, którego nie potrafiłem zidentyfikować. To z jego powodu zostałem w pracy dłużej. Tak na wszelki wypadek. Sheila, kierowniczka biura, przysłała mi, zapewne już z domu, wiadomość, że najprawdopodobniej spotkanie z kalendarza Phila zostało omyłkowo wpisane do mojego. Przeprosiła za pomyłkę i życzyła mi dobrej nocy.

Zamknąłem klapkę telefonu i wetknąłem go do torby. Był dopiero wtorek, a ja miałem już z całego serca dosyć tego tygodnia. Dni były coraz krótsze, słońce zachodziło już około osiemnastej. Moje uczucia determinowało tylko jedno pragnienie: za wszelką cenę zdążyć do domu przed zmrokiem. Jednak każdy krok coraz bardziej dotkliwie uświadamiał mi, że wcale nie mam ochoty wracać do pustego mieszkania, gdzie czekają na mnie wyłącznie brudne naczynia w zlewie i nieprzeczytana poczta na kuchennym blacie. Właśnie dlatego opuściłem głowę, minąłem swoją przecznicę i przeszedłem w deszczu jeszcze kawałek. Już po chwili dźwięk dzwonków zawieszonych nad drzwiami zaanonsował moje wejście do Bośniackiej Jadłodajni.

 

Podobał mi się bezpretensjonalny nastrój tej knajpki, zapach kurczaka z grilla i gyrosu, który wypełniał moje nozdrza od wejścia i towarzyszył mi jeszcze długo po wyjściu. Tego wieczoru, który spowił świat mrokiem i deszczem, jadłodajnia sprawiała wrażenie szczególnie przytulnej, ze swym pożółkłym barem, wyszczerbionymi lustrami i butelkami ze śladami zaschniętgo keczupu. Przejście do kuchni zdobiły wyblakłe na brzegach, kartonowe koniczyny – pozostałości po dawno zapomnianym Dniu św. Patryka. W oknie wisiał sznur lampek świątecznych, z których co trzecia była już przepalona. Ścianę nad kasą zdobiła fotografia Esada – łysego właściciela kawiarni w towarzystwie lokalnej królowej parady i jeszcze jedna, z byłym zawodnikiem Red Soxów. Obie pamiątki przykryła już warstwa kurzu, jednak nikomu, łącznie ze mną, to nie przeszkadzało.

 

Stałem w wejściu, czekając, aż Esad mnie zauważy. Ale to nie on mnie powitał.

 

Zrobił to ciemnowłosy nieznajomy.

 

Przyglądałem się właśnie stolikom, szukając jednocześnie inspiracji w dochodzącym z kuchni aromacie – kurczak czy stek, gyros czy sałatka? – kiedy skinął na mnie ręką. Zawahałem się. Czy ja go znam? Ale nie, na pewno nie. Skinął ponownie, tym razem z widocznym zniecierpliwieniem. Obejrzałem się przez ramię, ale w progu nie było nikogo poza mną. Wówczas mężczyzna wstał od stolika i podszedł prosto do mnie.

 

– Spóźniłeś się – oświadczył. Wziął mnie za ramię i uśmiechnął się. Był wysoki, opalony, miał kręcone włosy i orli nos, który nie kłócił się jednak z jego śródziemnomorską urodą. Pod równymi brwiami błyszczały oczy. Zęby miał idealnie białe.

 

– Przepraszam, chyba mnie pan z kimś pomylił – zaprotestowałem.

 

Zachichotał.

 

– Bynajmniej! Czekam na ciebie już od dłuższego czasu. Można by wręcz powiedzieć, że całą wieczność. Siadaj, proszę. Pozwoliłem sobie zamówić coś dla ciebie.

 

Jego głos przywodził na myśl markowy koniak, Hors d’Age, jaki bogacze piją na pokładach jachtów, przycinając swoje cohíbas.

 

– Naprawdę się pan pomylił. Nie znam pana – zapewniałem, kiedy prowadził mnie do stolika. Chciałem mu oszczędzić zakłopotania, tym bardziej że wydawał się za elegancki na taką tanią knajpkę. Wiedziałem, że biedak za chwilę poczuje się jak głupiec, szczególnie jeśli zjawi się osoba, z którą był tu umówiony – na rozmowę w sprawie pracy czy na randkę – i zobaczy go ze mną.

 

– Ale ja znam ciebie, Clay.

 

Drgnąłem na dźwięk swojego imienia, które wypowiedział tonem dziwnie poufałym, a równocześnie pełnym żywego zainteresowania. Przyjrzałem mu się uważniej – kwadratowa szczęka, gładkie policzki, idealne opanowanie. Czy już go kiedyś spotkałem? Nie, byłem pewien, że nie.

 

Jeden z bratanków Esada zjawił się obok nas, kładąc na stoliku kanapkę z kurczakiem i dwie filiżanki kawy.

 

– Proszę – nieznajomy wskazał mi obite skajem krzesło. Usiadłem sztywno, ciągle lekko oszołomiony.

 

– Pracujesz na tej ulicy, w Brooks and Hanover – stwierdził, kiedy młody człowiek zniknął. Usiadł obok mnie, jego krzesło skierowane było pod kątem w moją stronę. Założył nogę na nogę, strzepnął niewidoczny pyłek z cienkiej wełny spodni. – Jesteś redaktorem.

 

Natychmiast przez głowę przemknęło mi kilka myśli. Żadna z nich nie była miła. Najpierw pomyślałem, że to pewnie jakiś doradca ubezpieczeniowy albo finansowy, który – tak samo jak liczni kredytodawcy, których oferty poniewierały się między papierami na blacie mojej kuchni – próbuje zbić forsę na moim niedawnym rozwodzie. Albo jakiś agresywny agent literacki, udający dobrze wychowanego.

 

Najprawdopodobniej jednak był to pisarz.

 

Każdy redaktor może bez końca opowiadać takie historie: nadgorliwi pisarze, wciskający mu maszynopisy na szkolnych meczach dzieci albo podczas kazania w kościele; podrywający go w barach, podczas przesłodzonego flirtu „przypadkowo” wspominając, że pisują opowiadania i tak się szczęśliwie składa, że właśnie mają w samochodzie maszynopis. Sam straciłem już rachubę, ilu pracowników pralni, pomocy dentystycznych i hydraulików, usłyszawszy przypadkowo, jaki zawód wykonuję, poczuło się w obowiązku obdarować mnie swoimi opowiadaniami, książeczkami dla dzieci, niedokończonymi powieściami czy marną poezją.

 

– Niech pan posłucha, kimkolwiek pan jest...

 

– Nazywam się Lucian.

 

Chciałem mu powiedzieć, że na pewno nie opublikujemy tego, co mi tu usiłuje wcisnąć, że w tej branży istnieją przyjęte zasady przedkładania ofert, że powinien odwiedzić naszą stronę internetową i zapoznać się ze wskazówkami. Miałem zamiar wstać i odejść, odszukać Esada albo jego bratanka i złożyć zamówienie na wynos. Ale ani nie powiedziałem, ani nie zrobiłem żadnej z tych rzeczy. Powstrzymały mnie jego następne słowa.

 

– Wiem, że poszukujesz, Clay. Wiem, że zastanawiasz się, czym są dla ciebie te długie, ciemne wieczory. Sądzisz, że cierpisz na tę sezonową chorobę, tę cywilizacyjną dolegliwość, prawda? Jesienną depresję. Ale wiesz dobrze, że nie o nią tu chodzi. Że nie chodzi nawet o twój rozwód. To nie to cię trapi.

 

Przestałem być głodny. Odsunąłem kanapkę z kurczakiem, którą dla mnie zamówił, i wycedziłem cicho, ale ostrzegawczo:

 

– Nie wiem, kim jesteś, ale to wcale nie jest zabawne.

 

Mówił dalej, z zaangażowaniem, tak jakby mnie wcale nie słyszał.

 

– Chodzi o to, że nie wiesz, jaki to ma sens. Te godziny, dni, praca w weekendy, wiara, że w końcu pojmiesz to wszystko, że tego właściwego dnia coś się wreszcie stanie. Że życie nabierze sensu albo przynajmniej że będziesz miał czas to zrozumieć. Jesteś dobrym człowiekiem, Clay, ale co ci to dało? Jesteś samotny, nie robisz się coraz młodszy i zdążasz ku nieznanemu acz nieuniknionemu końcowi życia. I gdzie w tym wszystkim sens?

 

Zamarłem. Czułem się obnażony, miałem takie wrażenie, jakbym wyłożył na stół przed tym człowiekiem wszystkie swoje myśli i uczucia – jak drobne monety, co do jednej wysypane z kieszeni. Nie śmiałem spojrzeć mu w oczy. Przy stoliku obok jakaś para – oboje mieli na głowach dredy w kolorze brudnego blondu – dumała nad menu. Kobieta kołysała na ręku niemowlę. Za nimi przysadzista klientka przeglądała magazyn „People”, a młody człowiek w stroju chirurga wpatrywał się nieruchomym z niewyspania wzrokiem w sałatkę. Czy któreś z nich zauważyło, że coś się dzieje? Czy ktokolwiek dostrzegł ten dziwny psychiczny gwałt, którego ofiarą właśnie zostałem? Nie, byli zajęci swoimi jadłospisami, gazetami, wyczerpaniem. Przy barze jakiś student z zapałem stukał w klawiaturę telefonu, wysyłając w eter wiadomości tekstowe.

 

– Wiem, jak się czujesz, i przepraszam – Lucian objął rękami kolano. Jego paznokcie były gładkie, a dłonie zadbane. Na przegubie miał zegarek, który już na pierwszy rzut oka wyglądał na drogi. Długa wskazówka z wyraźnym wahaniem przeskakiwała na kolejne cyfry, zupełnie jakby czas w niewytłumaczalny sposób zwolnił w przyćmionym świetle jadłodajni. – Mogłem to zrobić inaczej, ale nie sądzę, żebyś w innych warunkach zwrócił na mnie uwagę.

 

– Jesteś świadkiem Jehowy? – To było jedyne sensowne wyjaśnienie. Coś takiego można przecież w miarę bezpiecznie powiedzieć każdemu. Poczułem się oszukany, wściekły, ale przede wszystkim zażenowany własną reakcją na jego słowa.

 

Wybuchnął śmiechem. Moim zdaniem pobrzmiewała w nim nuta szaleństwa.

 

– O niech mnie – otarł kąciki oczu.

 

Odsunąłem krzesło.

 

Jego wesołość minęła tak nagle, że gdyby w uszach nie dźwięczało mi jeszcze echo jego śmiechu, byłbym przekonany, że tylko go sobie wyobraziłem.

 

– Opowiem ci o wszystkim. – Pochylił się ku mnie tak blisko, że mogłem dostrzec maleńkie zmarszczki w kącikach jego ust, bruzdy pod oczami. Z jego tęczówek emanował dziwny blask, jak zjawisko halo wokół zaćmienia słońca. – Opowiem ci całą historię. Mam co do ciebie wielkie nadzieje, Clay. Stworzę w tobie magazyn mojej opowieści – mojej autobiografii, jeśli tak wolisz. Sądzę, że będzie to dla ciebie bardzo interesujące doświadczenie. Spiszesz to wszystko i opublikujesz.

 

Teraz to ja parsknąłem stłumionym śmiechem.

 

– Wykluczone! Guzik mnie to obchodzi, nawet jeśli jesteś jakimś nowym Salingerem.

 

Ponownie zignorował moje słowa, jakbym w ogóle się nie odezwał.

 

– Wiem, że obecnie panuje moda na autobiografie. Wydawnictwa płacą masę pieniędzy za wynurzenia sław, spisane przez kogoś innego. Ale uwierz mi, nigdy nie zdobędą takiej historii, jak moja.

 

– Słuchaj – powiedziałem, czując, jak wzbiera we mnie nowa fala złości – nie jesteś żadną sławą, nie znam cię, a zresztą, i tak nie pisuję niczyich biografii. Pozwolisz zatem, że kupię sobie coś na kolację i okażę dość uprzejmości, żeby zapomnieć o tym, co tu zaszło.

 

Zacząłem się podnosić, jednak mężczyzna chwycił mnie za rękę. Jego palce zaciśnięte na rękawie mojego płaszcza były niezwykle silne, nienaturalnie ciepłe i zdecydowanie zbyt poufałe.

 

– Nie uda ci się zapomnieć. – Jego oczy płonęły fanatycznym blaskiem, do którego dziwnie nie pasował grymas warg. – Zapamiętasz wszystko, każde moje słowo. I będziesz pamiętać o wiele dłużej niż nazwę tej jadłodajni, niż to, że przyzwałem cię do tego stolika, niż pierwsze zaciekawienie moralne, jakie poczułeś wobec mojej osoby. Dużo dłużej niż podstawowe fakty z własnego życia. Będziesz pamiętać i będziesz przeklinać lub błogosławić ten dzień.

 

Zrobiło mi się niedobrze. Słowo „moralne” w jego ustach... Miałem wrażenie, że moja dotychczasowa rzeczywistość pęka jak zbyt mocno naciągnięta gumka.

 

Nie było żadnego pisarza.

 

– Tak. Teraz rozumiesz – powiedział cicho. – Teraz wiesz. Teraz możemy zdradzić, kim naprawdę jestem. Jak echo jego szeptu, zupełnie nieproszone, zadudniły w mojej głowie słowa: Upadły... Mroczny duch...

 

Diabeł.

 

Czułem, jak od żołądka coraz wyżej wędruje wypełniające powoli całe ciało drżenie. Ale wtedy on nagle puścił moje ramię i wyprostował się na krześle.

 

– Pan Esad zastanawia się, dlaczego nie tknąłeś kanapki.


wykop.pl gwar.pl twitter.com blip.pl flaker.pl digg.com facebook.com
Skomentuj
komentarzy (0)
Kod obrazkowy:
Pseudonim (maksymalnie 50 znaków)
Można wpisać maksymalnie 2000 znaków. Pozostało 2000 znaków.
Najczęściej czytane
Powracamy do naszej standardowej formuły, czyli raz w miesiącu aktualizacja SK PLUS. Dzięki temu możemy dla Was uzbierać więcej ciekawych pozycji. Zobaczcie, co przygotowaliśmy dla Was w tym miesiącu.  >>

Wielkimi krokami zbliża się ostatni weekend maja i właśnie w te dni w Warszawie na Rynku Mariensztackim odbędzie się trzecia edycja Warszawskiego Kiermaszu Książek.  >>

Ostatnio jakoś tak często piszemy o miłości w szerokim tego słowa znaczeniu. Nie mogliśmy więc przejść obojętnie obok dzieła „Królewska nierządnica”. >>

Meksykański twórca zmarł w wieku 83 lat. Był nazywany „trzecim tenorem” wśród największych pisarzy Ameryki Łacińskiej, który zdobył sławę zarówno dzięki powieściom, jak i esejom poświęconym polityce i kulturze. >>

Na początku miesiąca przyznano Nagrodę DONGA. >>

Znajdą się wśród nas wielbiciele książek, którzy wielbią je totalnie, a zapach tuszu, papieru i kleju stanowi symfonię doznań. Ten aromat został zamknięty w ...perfumach. Drodzy Czytelnicy, oto perfumy o zapachu książki.  >>

Globalizacja? Homogenizacja kultury? Kreolizacja? To nazwy współczesnych zjawisk, które dotyczą każdego z nas – czy są jeszcze osoby, które nie korzystają z Internetu? Przedstawiamy naukowy rzut okiem na to, jak poszukujemy nowych form komunikacji, porzuc >>

"Pomnik Cesarzowej Achai", to lektura, która diablo wciąga. Czytelnik nie jest się w stanie nudzić. Nawet spowolnienia akcji mają tyle smaczków, że z pewnym pośpiechem przewracamy kolejne strony. Mamy tutaj wszystko, za co pokochaliśmy "Achaję". >>

23 maja 2012. Prezentujemy Wam inspirujące cytaty znanych twórców kultury. >>

W dzisiejszym artykule rozgryzamy fenomen tabloidów. Przez część osób tak chętnie czytanych, przez część traktowanych z szyderstwem. Tabloidy budzą emocje i bywa, że czytamy je innym przez ramię. Dlaczego tak się dzieje? Poniżej próbujemy dać odpowiedź. >>

Ostatnie komentarze
Najnowsze konkursy
Dom rozkoszy podoba Wam się to jedno z wielu określeń burdeli. Dzięki nowej książce wydawnictwa Bellona można poznać ich dokładną historię. My zaś mamy dla Was trzy książki o tej tematyce, które możecie wygrać w naszym konkursie.
więcej »

Zaproś do stacji znajomych
Newsletter
Copyright © 2009-2012 StacjaKultura.plReklama|Kontakt|Mapa serwisu|Polityka prywatności|Zasady korzystania z serwisu|Partnerzy|RSS