Rzeczywiście, łysy właściciel jadłodajni podszedł do nas z dzbankiem kawy w ręku. Uśmiechnął się do mojego towarzysza, jakby przychodził tu częściej niż ja. Przyglądałem się im obu, kiedy prawili sobie uprzejmości. Ich paplanina tak bardzo gryzła się z moim wewnętrznym przekonaniem, że właśnie zetknąłem się z czymś nieskończenie złym. Nikt poza mną zdawał się tego nie zauważać.
Kiedy Esad odszedł, Lucian wyjął z serwetnika cienką serwetkę i położył ją koło mojej filiżanki. Zdumiała mnie prozaiczność tego gestu.
Westchnął.
– Wyczuwam twoje obawy, to przekonanie, że powinieneś wstać i natychmiast stąd wyjść. Cóż, w normalnych okolicznościach powiedziałbym, że masz rację. Ale posłuchaj, zapewniam cię, że nic ci nie grozi. Odpręż się, proszę. Pochylę się teraz, tak jak to robią ludzie. Kiedy ta para za nami zobaczy mój uśmieszek i konspiracyjne spojrzenie, dojdzie do wniosku, że właśnie swobodnie wymieniamy się soczystymi plotkami.
Nie czułem się swobodnie. Wręcz przeciwnie. Serce waliło mi w piersi, ciężkie niczym pulsujący głaz.
– Dlaczego? – udało mi się wykrztusić. Żałowałem, że nie jestem teraz w swoim pustym mieszkaniu, że nie oglądam świata przez ponure okno telewizora.
Lucian pochylił się bliżej i położył dłonie na blacie stołu. Widziałem niebieską pajęczynę żył utkaną pod wypielęgnowaną skórą. Mówił teraz szeptem, ale i tak słyszałem wyraźnie każde słowo.
– Ponieważ moja historia jest bardzo blisko związana z twoją. W końcu nie jesteśmy tacy różni, ty i ja. Obaj szukamy znaczenia, celu, chcemy ujrzeć obraz całości. Mogę ci to dać.
– Nawet mnie nie znasz!
– Ależ wręcz przeciwnie. – Odsunął serwetnik, jakby stanowił barierę między nami. – Wiem o tobie wszystko. O domu na Ridgeview Drive, gdzie się wychowałeś. O pudełku, w którym trzymałeś karty z piłkarzami. O tej nocy, kiedy próbowałeś się wymknąć z domu na spotkanie z Carrie Kraus. Złamałeś wtedy nadgarstek, skacząc przez okno.
Gapiłem się na niego oszołomiony.
– Wiem o śmierci twojego ojca – miałeś wtedy piętnaście lat. O merlocie, za którym tęsknisz, odkąd przestałeś pić, i że zwykle polewasz hamburgery sosem serowym – twój przyjaciel Peter nauczył cię tego w college’u. Wiem, że powtarzasz sobie, że powinieneś gdzieś wyjechać – może do Meksyku. Bo uważasz, że cierpisz na jesienną depresję. Choć prawda jest zgoła inna...
– Przestań! – Uniosłem gwałtownie ręce, chciałem, żeby zniknął, a równocześnie bałem się, że to zrobi, a ja zostanę ze świadomością, że ktoś taki – coś takiego – cały czas mnie obserwuje. I wie o mnie wszystko.
Jego głos złagodniał.
– Zapewniam cię, że nie jesteś jedyny. Potrafię podać miliony faktów praktycznie o każdym. Chcesz się przekonać? Wymień kogoś. Może Sheila? – Uśmiechnął się złośliwie. – Ograniczmy się do stwierdzenia, że nie wysłała ci SMS-a, jak przypuszczałeś, z domu, choć jej mąż jest przekonany, że pracuje dziś do późna. Esad? Życie w targanej wojną Bośni było nie lada wyzwaniem. On... – Przechylił na bok głowę. Usłyszałem ciche brzęczenie, jakby niewidzialny rój komarów. Cofnąłem się odruchowo.
– Co to było? – spytałem. Nie mogłem się zorientować, skąd dobiegał dźwięk.
– Ach. Obóz koncentracyjny! – Wydawał się zaskoczony. – Nie wiedziałem. A ty wiedziałeś? A jeśli chodzi o twoją eks... – Znów przekrzywił głowę.
– Nie! Proszę, nie. – Drżącymi dłońmi objąłem głowę, wplotłem palce we włosy. Choć od rozwodu minęło już pięć miesięcy, każda wzmianka o niej na nowo otwierała ranę.
– Widzisz? – szepnął, pochylając głowę, żeby widzieć moją twarz. – Mogę ci powiedzieć wszystko.
– Nie rozumiem.
– Od dawna zajmuję się badaniem różnych przypadków, podążaniem za nimi, od początku ich drogi do końca. Zafascynowałeś mnie tak jak ciebie fascynowały kiedyś żuki toczące kulki łajna. Wiem o tobie więcej niż twoja rodzina. Niż twoja eks. Więcej niż ty sam.
Coś – jakiś produkt uboczny strachu – wezbrało we mnie jak gniew.
– Skoro jesteś tym, za kogo się podajesz, to czy nie przyszedłeś tu, żeby układać się o moją duszę? Żeby mnie kusić? Dlaczego zamówiłeś mi kawę? Dlaczego nie kieliszek merlota albo szklaneczkę crowna z colą? – Wiedziałem, że podnoszę głos, ale guzik mnie to w tej chwili obchodziło. Wybuch gniewu przynosił mi ulgę.
Lucian przyglądał mi się uważnie.
– Proszę. To takie banalne. Zresztą i tak nie podają tu alkoholu. – Nagle cały jego spokój zniknął. Patrzył teraz nie na mnie, ale przeze mnie, na zegar wiszący na ścianie. Wskazał go niezwykle długim palcem. – Spójrz tylko, godzina upływa bez nas! – Poderwał się z krzesła. Zrozumiałem, że zamierza odejść.
– Co? Nie możesz teraz tak po prostu zniknąć...
– Przybycie do ciebie było dużym ryzykiem – syknął. Zupełnie jakby mi szeptał do ucha, choć stał dobry metr ode mnie. A potem podszedł do przeszklonych drzwi, pchnął je i zniknął, niczym cień w lustrze, w mroku, kryjącym się za wyraźnym odbiciem wnętrza jadłodajni w szklanej tafli. Pas z dzwonkami uderzył w drzwi z płaskim, metalicznym dźwiękiem. Teraz patrzyło na mnie tylko moje własne odbicie.
* * *
Deszcz zalewał mi oczy, przedzierał się mokrymi strużkami przez włosy do skóry głowy, ściekał po karku i mieszał się z kroplami potu na plecach. Zrobiło się zimno, niemal mroźno, ale mimo to pociłem się mocno pod przemoczonym kołnierzem koszuli. Szedłem Norfolk. Nogi miałem sztywne jak z drewna, a torba z laptopem obijała mi się miarowo o udo. Poruszałem się w powolnym koszmarze.
Miałem wrażenie, że ciepło wnętrza kamienicy dusi mnie, kiedy wlokłem się po schodach na piętro. Gdy szukałem kluczy, dźwięki nieprzyjemnie drażniły moje uszy. Wreszcie wszedłem do mieszkania i oparłem się plecami o zamknięte drzwi. Czułem nieprzyjemne łupanie w głowie, płuca z trudem czerpały powietrze. Stałem tak przez dłuższą chwilę, a woda z mojego płaszcza kapała na wykładzinę, tworząc coraz większą mokrą plamę.
Nagle poczułem nieodpartą, niewyjaśnioną potrzebę sprawdzenia mojego kalendarza. Oderwałem się od drzwi i ruszyłem w stronę kuchni. Zdrętwiałymi palcami wyciągnąłem z torby laptopa i położyłem na stole. Nie zdejmując płaszcza, usiadłem na krześle i wbiłem wzrok w leniwie budzący się do życia ekran. Zalogowałem się do firmowego serwera, otworzyłem kalendarz.
Zobaczyłem tylko jeden wpis. Spotkanie wyznaczone na osiemnastą trzydzieści. Opisane jedną literą: L.".
Autor: Tosca Lee
Tytuł: Diabeł. Autobiografia
Wydawca: Initium
Data premiery: 15 października 2010
Kategoria: Fantastyka
Oprawa: Miękka




więcej »



























