Tak też stało się w przypadku „Czerwieni Rubinu”. Fragment twarzy dziewczęcia jest może i ładny, młodzieńczy i uroczo przysłonięty niesfornymi kosmykami, niemniej ani przyciąga, ani odrzuca. Napisy dumnie ogłaszają wszem i wobec, że pozycja mieni się jako międzynarodowy bestseller, co prawdopodobnie zastępuje obecność jakiegoś szalenie zachęcającego równoważnika zdania, który mógłby być jednocześnie cytatem z innego znanego już na rynku polskim pisarza. Na odwrocie natomiast znajdziemy opis lekko naprowadzający czytelnika na to, czego może się spodziewać w środku.
Szybko dowiadujemy się więc, że Gwendolyn, główna bohaterka, to podróżniczka w czasie, czego konsekwencją jest zdolność przenoszenia się do przeszłości. Trzymając się zatem tej nie chronologicznej konwencji, odwrócę trochę schemat recenzji i przejdę do odczuć końcowych. „Czerwień Rubinu” z całą pewnością należy do książek, po których przeczytaniu żałuje się, że już się kończyła, że była taka krótka, że nie przeczytało się jej wcześniej. I aż człowieka roznosi z radości, że taka zwykła lektura okazała się tak piekielnie udana.
Nasza podróżniczka jest zwyczajną nastolatką. Wszystkich, którzy na te słowa czują przypływ paniki oraz pragnienie ucieczki jak najdalej od tego typu stworzeń, muszę przytrzymać za ramię. Gwen to dziewczyna na miarę swoich czasów, dziecko Google’a, miłośniczka seriali, nieco wycofana, ale posiadająca zaufaną osobę w postaci przyjaciółki – Lucy.
Gwen da się lubić. Nie udaje kogoś, kim nie jest. Nie ukrywa, że nie zjadła wszystkich rozumów, a historię zna bardziej z filmów niż z podręcznika od historii. To naprawdę kamień milowy w porównaniu do innych bohaterek, które nie poświęcając większego zainteresowania edukacji, władają ogromną wiedzą, mają świetne stopnie, nawet jeśli większość czasu spędzają na usiłowaniu odciągnięcia myśli od nadobnego młodzieńca, na przemian z unikaniem go, a wszystko to oczywiście czynią z dość przewidywalnym, marnym skutkiem. Całe szczęście Gwen nie bawi się w takie gierki. Zjednuje sobie czytelnika naturalnością, spontanicznością, pewnym dość oczywistym w jej wieku brakiem doświadczenia i wiedzy. Czytelnik z miejsca przestaje się zwracać uwagę na niedociągnięcia, zaczyna przeżywać razem z nią emocje, dopingować ją, współczuć i cieszyć się. Pisząc o niedociągnięciach, mam na myśli głównie fabułę, która jest dość przewidywalna. Właściwie nie ma w niej miejsca na oszałamiające zwroty akcji, biorąc pod uwagę długość książki, która jest dość krótka, ale wystarczająca na przedstawienie kilku dni z życia Gwen. Dla niej są i tak wystarczająco zawirowane.
Całe zamieszanie z innymi podróżnikami, rodziną Gwen i Gideona, wyraźnym podziałem Zakonu na zwolenników hrabiego de Saint Germain i jego przeciwników, intryguje i sprawia, że zaczyna się obstawianie, kto jest zły, a kto dobry. Osoby lubiące rozgryzać postaci z pewnością się nie zawiodą, w „Czerwieni Rubinu” nie brak bohaterów, których intencje nie są oczywiste.
To nie jest odkrywcza, nowatorska powieść. O podróżach w czasie pisano już wielokrotnie („Opowieść wigilijna”, „Godzina pąsowej róży”, „Żona podróżnika w czasie”). Nie ma tu zwrotów wywracających akcję o sto osiemdziesiąt stopni, ale też ich nie potrzeba. W zestawieniu z resztą bestsellerowych powieści dla młodzieży „Czerwień Rubinu” prezentuje się całkiem nieźle. Postać Gwen w naturalny sposób zaskarbia sobie sympatię czytelnika, a niewątpliwa narracyjna oszczędność słów, a także trafność tych, które padają, sprawia, że płynie się przez słowa, zdania, rozdziały. W końcu następna strona okazuje się być tą ostatnią, a wtedy nie pozostaje nic innego, jak czekać na kontynuację.
Autor: Kerstin Gier
Tytuł: Trylogia czasu. Czerwień Rubinu
Wydawca: Egmont
Data wydania: kwiecień 2011
Gatunek: powieść dla młodzieży




więcej »



























