Po przeczytaniu książki zaczęłam szukać recenzji na jej temat. Znaleźć kogoś krytykującego „Zmierzch” jest niezwykle trudno. Moją uwagę zwrócił fragment recenzji Pawła Czykwina, piszącego na stronie internetowej www.bs.tawerna.rpg.pl: (...) w miarę czytania uczucie zagubienia stopniowo zanikało i przez kolejne strony przelatywało mi się już niezwykle przyjemnie. W pewnym momencie straciłem nawet poczucie czasu i zatopiłem się w lekturze po uszy. Duża w tym zasługa narracji i samej historii. W tej książce cały czas coś się dzieje. Musiałam wrócić do lektury, bo nie mogłam uwierzyć, że czytaliśmy tę samą powieść!
Czykwin pisze, iż narracja pozytywnie wpływa na odbiór książki. Może to wynikać z faktu, że jest mężczyzną, więc nie ma pojęcia o stanie ducha nastoletniej dziewczyny. Stephanie Meyer, autorka, choć jest kobietą, też najwyraźniej nie ma o tym pojęcia. Czyżby zapomniała, jak to było mieć 17 lat? Wszystko na to wskazuje. Narratorką jest główna bohaterka, siedemnastoletnia Bella Swan, która opisuje wszystko, co się wokół niej dzieje, a także własne uczucia i przemyślenia. Taki sposób prowadzenia narracji daje czytelnikowi możliwość wczucia się w postać. Zazwyczaj. W tym przypadku jest inaczej. Styl Meyer jest tak poprawny i wręcz nudny, wyprany z wszelkich emocji, pozbawiony lekkości i niewymuszonego poczucia humoru (tak charakterystycznego dla nastolatek), że odnosi się wrażenie, jakbyśmy czytali długie wypracowanie stworzone na surowy szkolny wzór. Weźmy na przykład serię dla nastolatek „Pamiętnik księżniczki”. Tu także mamy nastoletnią bohaterkę będącą jednocześnie narratorką. Jaka różnica! W tej książce czujemy, że mamy do czynienia z nastolatką, beztroską i wesołą, która bynajmniej nie pisze pracy semestralnej dla marudnego nauczyciela, lecz zwierza się swojej przyjaciółce. Bohaterka „Pamiętnika…” jest wiarygodna, budzi sympatię, a czytanie nawet trzynastego tomu serii nie jest męczące. Czytając „Zmierzch” zupełnie nie mogłam się wczuć w Bellę, wydała mi się obca i nieautentyczna. Może wynika to z ponadprzeciętnej "dojrzałości" Belli, którą ta podkreśla niemal na każdym kroku? A może to przez swoje ciągle wywyższanie się dziewczyna nie wzbudziła mojej sympatii? Co prawda, poza kilkoma wyjątkami nigdzie nie jest napisane jakoby Bella wyraźnie krytykowała innych, jednak dla uważnego czytelnika jasno wynika to między wierszami (między innymi kiedy wyraża się o swojej matce lub koleżankach ze szkoły). Trudno, nie każdy może mieć talent pisarki, a może to wina tłumaczenia. Co zatem z fabułą?
Historia zaczyna się w momencie przeprowadzki bohaterki do deszczowego miasteczka Forks, by nie przeszkadzać swojej matce w obcowaniu z nowym mężem i zamieszkać ze swoim ojcem. Dziewczyna zaczyna nową szkolę i to właśnie w niej spotyka pewnego tajemniczego chłopaka, Edwarda Cullena, przystojnego i inteligentnego. Jednak coś jest nie tak, Edward unika Belli jak ognia i ten fakt nie daje jej spokoju. Pewnego dnia ów Tajemniczy Nieznajomy ratuje ją przed wypadkiem samochodowym na szkolnym parkingu i od tej pory możemy się przyglądać jednej z najbardziej przerysowanej historii miłosnej, jakie powstały w popkulturze. Para zakochuje się w sobie i choć mogliby żyć długo i szczęśliwie, tak się nie stanie. Będzie zupełnie odwrotnie, bowiem rodzina Cullenów skrywa mroczną tajemnicę – są wampirami. Choć może wampir to za dużo powiedziane. Pijają tylko krew zwierząt,a czosnek i światło słoneczne nie robią na nich wrażenia. Marne to wampiry, zupełnie inne niż te, o których pisze chociażby Maria Janion w swojej książce „Wampir. Biografia symboliczna”. Gdyby nie nieśmiertelność Cullenów, czy w ogólemożna by ich nazwać wampirami? Meyer odebrała tym stworzeniom całą mroczną aurę grozy i niesamowitości, na którą pracowały przez kilkaset lat. Zrobiła z nich wręcz maskotki, idealnego kandydata na zięcia. Niby wydaje się to oryginalne, ale czy każda oryginalność
jest dobra?
O dalszych przygodach kochanków nie ma co opowiadać, ponieważ większość ich spotkań przebiega na wyznawaniu sobie miłości i niedojrzałej rozmowie na poziomie pytań „Jaki jest Twój ulubiony kolor?”. Otóż właśnie. Miłość. Temat przewodni całej sagi. Miłość, która stała się wzorem dla całego tłumu nastolatek. Zapierające dech piersi wyznania, niesamowita walka ducha z instynktem drapieżcy. Naiwne uczennice gimnazjum może się na to nabiorą (choć niestety nabiera się na to dużo więcej starszych odbiorców), uważny czytelnik zauważy, że ta cała wielka miłość Belli i Edwarda to jedna wielka bujda. Przyjrzyjmy się ich relacji. Edward jest przystojnym wampirem, jego aura ma przyciągać ku niemu ofiary (sama autorka zwraca na to uwagę). Bella jest nim zauroczona, choć tak naprawdę nie zna go. Podobają się sobie fizycznie, a jak już rozmawiają, to głównie o swoim uczuciu. Miłość od pierwszego wejrzenia? Niestety nie. Pamiętajmy o magnetyzmie pana Cullena, który przyciąga Bellę na tej samej zasadzie, na której światło przyciąga ćmę. A co przyciąga wampira do Belli? Wyjątkowo „smakowity” zapach krwi. Wiele razy powtarza, że bardzo trudno mu się oprzeć, by jej nie ukąsić oraz jak bardzo musi nad sobą panować, by nie zrobić jej krzywdy. Bella natomiast bardzo chce zostać ugryziona, pragnie tego. Edwarda powstrzymuje jednak to, że zawarł rozejm z klanem wilkołaków – wilkołaki nie będą polować na wampiry, jeśli nie będą one atakować ludzi. Ot, i kółko się zamyka. Edward chce ukąsić Bellę, ale nie może, a ona nie potrafi się oprzeć jego sile przyciągania. Chyba nie o takiej miłości od wieków pisali poeci. Gdzie pokrewieństwo dusz, gdzie radość poznawania się nawzajem, gdzie niepewność wzajemnego odkrywania swoich ciał? Meyer zastąpiła to zwykłą relacją drapieżnik-ofiara, równie dobrze bohaterami jej powieści mogłyby być mucha i rosiczka. Gdyby chociaż ukryła w tym jakąś wielką metaforę, gdyby pogłębiła ich związek w sferze duchowej, gdyby zrobiła cokolwiek innego – może rzeczywiście jej powieść przypominałaby romans, ale tak nadaje się tylko jako nakreślanie sytuacji pomiędzy poszczególnymi ogniwami łańcucha pokarmowego w podręczniku do biologii. Trzeba niebywałej wyobraźni i jeszcze większej naiwności, żeby zobaczyć w tej feralnej parze prototyp miłości.
„Zmierzch” określa się jako horror i romans w jednym. Z romansem można się zgodzić jak najbardziej (inna sprawa, że jest to bardzo słaby romans), ale horror? Ciekawe, jak ktoś, kto nazywa „Zmierzch” horrorem, określiłby powieści Stephena Kinga? Cóż, może ten ktoś uważa, że wystarczy kilka razy wspomnieć o piciu krwi przez istoty z nadprzyrodzonymi zdolnościami, by powieść była horrorem? Prawdopodobnie nigdy się tego nie dowiemy. Z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że w tej powieści nie ma ani śladu grozy, a nawet napięcie związane z rozwojem akcji jest znikome.
Starałam się znaleźć jakąś zaletę tej książki. Oto jedyny komplement, jaki przyszedł mi do głowy: gdyby pomysł na „Zmierzch” narodził się w głowie utalentowanego pisarza być może byłyby powody do uwielbiania wykreowanych bohaterów, bowiem niektóre pomysły są dość ciekawe. Niestety, jest ich niewiele, a Pani Meyer wszystko skutecznie psuje straszną narracją. Dzięki jej powieści dodamy do swojej listy lektur kiepską pozycję, dzięki której bardziej docenimy talent innych pisarzy. Nie rozumiem istoty popularności tego romansidła, przecież nie jest niczym szczególnym ani pod względem treści, ani pod żadnym innym. Czyżby fani wampirów-wegetarianów byli na tyle krótkowzroczni, by nie dostrzec, jak płytka i fałszywa jest miłość Belli i Edwarda? Sama autorka najprawdopodobniej chciała przedstawić ich uczucie jako ideał miłości, jednak przez znaczne niedociągnięcia to się nie udało. Nasuwa się pytanie, czy to ze mną, która nie docenia potencjału, jest coś nie tak czy z fanami, którzy chyba zapominają, że to tylko fikcja i nic więcej?
Reasumując, „Zmierzch” oceniam negatywnie, nie jest to książka godna polecenia. Nie zachwyca, nie bawi, nie uczy… Za to nudzi. Jak widać nie zawsze to, co jest modne i wielbione przez tłumy jest dobre. A szkoda.




więcej »




























