Jeśli przerażają cię gabaryty trylogii Toliena, czy rozległość cyklu Martina, to pierwszy tom debiutantki Wiery Szkolnikowej ominiecie z daleka. Setki stron cię nie zachęci, a ja nie przekonam do lektury. Od razu cię uprzedzę – akcja zaczyna się koło pięćsetnej strony. Wszystko wlecze się i wlecze i choć zarysowana jest problematyka powieści, to nie na czym się właściwie skupić. Kiedy zaczyna coś się dziać… to nawet nie jest opisane tak, że czujemy się syci epickim sosikiem. Nie. Ok – papa. Teraz zostali tylko zainteresowani i dla nich niewygodna do czytania podczas stania w autobusie cegła, wydaje się być kolejnym objawieniem.
Jak już pisałem nie raz, często w moje ręce wpadają książki młodych, dopiero debiutujących pisarzy. Nawet to lubię. Nie miałem do tej pory jakiś większych (czy nawet mniejszych) nieprzyjemności z tego powodu. Nie wiem jak to wygląda dobieranie w Polsce książek, które mają być wydane (podejrzewam, że patrzy się na słupki sprzedaży), to wybory są słuszne i ciekawe. Nie mam pojęcia jak wygląda „risercz” debiutujących autorów zagranicznych, ale chciałbym się kiedyś dowiedzieć i może sam w tym uczestniczyć.
Tym razem wybór padł na młodą mamę bliźniaków (czytelnicy wychwycą ten smaczek) i pisarkę gier fabularnych, Wierę Szkolnikową. Dziewczyna wychowywała się na RPG i odczuwała jedną z podstawowych potrzeb graczy i twórców tej zabawy - kreowanie własnych światów. Na szczęście Bozia dała jej nie tylko chęci, ale i talent do realizacji marzenia. Tak zrodziła się „Namiestniczka”.
Na tronie zasiada Enrissa, poślubiona kamiennemu królowi, faktyczna władczyni cywilizowanego świata. Wokół siebie gromadzi wiernych polityków, sadza na urzędniczych stołkach swoich krewnych, a starych generałów wysyła w nieciekawe, zepsute regiony żeniąc ich z nieciekawymi pannami – tak na wszelki wypadek. Gdzie indziej para bliźniąt kochająca siebie nie tylko miłością taką, jaką brat darzy siostrę rozchodzi się zrywając rodzinne więzy. Potem rodzą się dzieci, których przyszłość zapisano już wieki temu. Oto ma wrócić, wg legend Ared – pradawne zło. Spiski w królewskich i szlacheckich pałacach to norma, aż któryś z graczy stuknie pierwszą figurę domina…
Galeria postaci jest doprawdy bogata i nawet ostatnie rozdziały wprowadzają na scenę kolejnych istotnych dla fabuły bohaterów. Oczywiście rolą kluczową i najważniejszą jest tytułowa namiestniczka; mądra, odważna i dostojna kobieta, która w rękach trzyma całe imperium. W jej cieniu knuje niepozorny Wenr, karierowicz z niemałym politycznym talentem. Nie mniej ważne jest rodzeństwo bliźniąt Innuon i Ivenna, których losy rozdzielają małżeństwa. On poślubi nieciekawą księżniczkę Soennę. A ona przyjaciela brata – Kveiga. W innym czasie i miejscu Enrissa, korzystając ze swojej władzy wyda za męża swojego generała Lanlossa, który jednak nie pokocha swojej żony, za to w jego sercu pojawi się czarodziejka… W stolicy imperium część władzy politycznej leży w skłóconych zakonach magii, których przewodniczący to czarodziej Ir i biała wiedźma. No to może wymieniłem połowę postaci, a relacji między nimi nie liznąłem prawie wcale. Bo i za dużo ich, a do tego musiałbym zdradzić za dużo. A to właśnie one stanowią o świetności tego debiutu. A to niezdrowa w naszej kulturze zażyłość bliźniąt, która nie objawi się jedynie u dorosłych bohaterów, ale nawet u ich dzieci. Romans królowej i Wenra. Knowania czarodzieja Ira. Do tego stara przepowiednia mówiąca o tym, że zło się odrodzi i zniszczy świat, a pokolenia, które obserwujemy… żyją w dniach ostatnich i sami są coraz bardziej tego świadomi.
Wiera posługuje się bardzo przyjemną techniką pisania, dokładnie i metodycznie przedstawia każdego z bohaterów, co często trwa wiele stron. Nie ma nikogo przypadkowego, podobnie, a do tego każdy z nich jest zagrożony. A nóż może się okazać, że strata jednego z głównych bohaterów radykalnie zmieni nasz odbiór książki. Jest to niewątpliwie atut. Czuje się, że jej duchowym mentorem mógł być R.R. Martin i jego dbałość o podobne elementy fabuły. Czegoś mi jednak zabrakło. Tego, co zwykle poszukuję nawet w poważnej, realistycznej, prawie historycznej fantasy - humoru. Wszystko jest tak poważne, że nawet wesołe dziecko można wyobrażać sobie z wetkniętym kijem od szczoty w… Strasznie żałuję, że nie można było rozluźnić atmosfery jakimś drobnym żarcikiem sytuacyjnym, czy zabawnym zdaniem. Trudno. Rozumiem – spiski i knowania to poważna sprawa.
Nie przeczytałem tej książki za jednym posiedzeniem. Raczej dawkowałem ją sobie niewielkimi fragmentami. Smakowałem niczym słodką i gęstą nalewkę. Co za tym idzie, bardzo długo uczestniczyłem w leniwej fabule ciągnącej się niemała na przestrzeni dekady. Każdy rozdział, a nawet każda strona to powolne rozstawianie pionków na szachownicy przyszłych wydarzeń. Na razie możemy zgadywać tylko co będzie w przyszłości, a kilka nierozważnych ruchów, pozornie bezpiecznych, i kilka głupich błędów, czy zbiegów okoliczności, odsłonią większe figury i kto wie, może znikną one ze planszy?
Książkę polecam każdemu fanowi ambitniejszej fantasy. Szukającym po lżejszej literaturze czegoś bez wymachiwania mieczami i rzucania na armie olbrzymich kul ognia… Choć ostatnio bardzo popularny, a to za przyczyną serialu HBO, cykl Lodu i Ognia – „Gra o Tron” też zaczynał się dość leniwie… Zobaczymy co będzie dalej, a warto wspomnieć, że w sklepach już powinien być drugi tom! Na pewno znajdzie się na mojej półce.
PS. Nie twierdzę, że Wiera dorównuje Szkolnikowa dorównuje Martinowi… Za młoda jest na to i za mało ma jeszcze doświadczenia. Jednak jest to „ta sama bajka” fantastyki „pseudo historycznej”.
Tytuł: Namiestniczka. Księga I
Tytuł oryginalny: Выбор Наместницы
Autor: Wiera Szkolnikowa
Przekład: Rafał Dębski
Wydawca: Prószyński i S-ka
Cykl: Trylogia Suremu
Gatunek: fantasy
Stron: 824s.
Cena: 44,—
Data wydania: 11 stycznia 2011




więcej »




























